Amask.jpg (9031 bytes)

Tekst i zdjęcia:  Wojciech Dąbrowski  © - text & photos

Część I -   Gwinea Równikowa  =  Equatorial Guinea  -    Part one

To olbrzymi kontynent. Wiele krajów, ogromne odległości...  Za każdym razem gdy brałem się do planowania afrykańskich podróży ożywało na nowo to samo pragnienie: pojechać na dłużej, zobaczyć i przeżyć więcej...   Nic z tego!    Urlop jest jaki jest i na razie trzeba się ograniczać, wybierać...  Na umieszczane na listach dyskusyjnych zapytania dotyczące zachodniej części Afryki Równikowej nikt nie odpowiadał...   Ta podróż zapowiadała się zatem jako kolejna  wędrówka w nieznane, po raz kolejny miałem przecierać szlaki...

Długo studiowałem taryfy lotnicze by znaleźć najtańszy przelot z Europy. Odkryłem trasę Madryt - Malabo prowadzącą do dawnej hiszpańskiej kolonii. Na trasie tej konkurują za sobą dwie linie lotnicze i pewnie dlatego cena za powrotny przelot z Hiszpanii do Gwinei Równikowej wynosi tylko 530 euro. Wiedziałem już zatem skąd rozpocznę wędrówkę. Teraz potrzebna była wiza. Najbliższa ambasada tego kraju - w Brukseli zażądała przedstawienia potwierdzenia rezerwacji hotelu.  To był problem - bo z Polski do tej Gwinei na równiku nie sposób wysłać faks...  Pomógł przyjaciel wysyłając go z Francji.   W Brukseli udało mi się także dostać na poczekaniu wizę Sao Tome & Principe. Ambasady Gabonu i Konga stanowczo odmówiły wydania wiz Polakowi, tłumacząc, że muszą pytać o zgodę swoje ministerstwo, a ta procedura trwa bardzo długo...   Odlatywałem zatem z kraju nie wiedząc do końca jaki wariant podróży uda mi się zrealizować...

Afm.jpg (19280 bytes)to było tutaj...

Bioko369.jpg (42819 bytes)

Ulica w Malabo.

   Gwinea Równikowa jest podzielona na dwie części: dużą wyspę Bioko (w czasach kolonialnych nazywaną Fernando Po) mającą kształt orzeszka o długości około 100 km oraz Rio Muni - spory, prostokątny szmat dżungli na kontynencie afrykańskim mający jakieś 200 km linii brzegowej.  Stolica kraju - Malabo leży na wyspie - i tu właśnie miałem wylądować.  

Z samolotu podchodzącego do lądowania w Malabo widać płonące na urwisku  znicze naftowych odwiertów.  Na Bioko trysnęła ropa!   Widać już pierwsze skutki naftowego boomu. Można oczekiwać, że ten kraj będzie się teraz bardzo szybko zmieniał. Zwiastunem zmian dla przybysza jest 6-kilometrowy odcinek dwujezdniowej autostrady   wybudowany między lotniskiem i stolicą oraz kończony właśnie budynek nowego terminalu. Ja odprawiany  byłem jeszcze w starym, żenującym baraku, gdzie żołnierz podpierał wyjściowe drzwi drągiem, ale za rok turysta zapewne będzie czekał na lot w klimatyzowanej poczekalni i będzie płacił za przejazd w bramkach autostrady poprowadzonej przez dziewiczą dżunglę.

Niewiele wiedziałem o tym kraju - nikt ze znajomych tam nie był.    Po uzyskaniu niepodległości w 1968 roku nastąpił w tym kraju 10-letni okres brutalnych rządów prezydenta Maciasa Nguemy porównywany do tego co działo się w Ugandzie za Idi Amina i w cesarstwie Bokassy. Mordy polityczne, czystki etniczne, obozy dla opornych...  W tym czasie zamknięto w kraju nawet kościoły i misyjne szkoły.  Dziś rządzi już tutaj bardziej liberalny prezydent  (bratanek tamtego).   Właśnie w styczniu 2003 naród zgodnie wybrał go na kolejną, 7-letnią kadencję.

Gdy przyleciałem do Malabo okazało się, że choć stara dyktatura  w tym kraju oficjalnie się skończyła przetrwała tam jednak atmosfera podejrzliwości  i zastraszenia znana czytelnikom z "Psów wojny" (ten właśnie kraj był pierwowzorem dla miejsca akcji tej sensacyjnej powieści).    I tak zanim na ulicy zrobisz jakiekolwiek zdjęcie lepiej udać się do Ministerstwa Informacji, Turystyki i Kultury złożyć 2 fotografie, zapłacić 17 000 CFA i poczekać na wydanie zezwolenia na fotografowanie czegokolwiek...   Zapłaciłem...  Urzędnik wydający zezwolenie został sfotografowany jako pierwszy....   Potem poprosił abym osobiście zaniósł drugi egzemplarz zezwolenia na komendę policji...   To zezwolenie możecie zobaczyć tutaj...   

Stara część miasta jest malowniczo rozłożona na klifie ponad portową zatoką

Ale nawet mając w kieszeni taki papier nie jesteś w Malabo pewien, czy podnosząc aparat do oka nie będziesz się za chwilę tłumaczyć za fotografowanie jakiegoś obiektu rządowego.   Centrum Malabo w porównaniu z innymi stolicami afrykańskimi jest ładne - po Hiszpanach pozostało tu sporo przykładów ciekawej kolonialnej architektury.  Ale większość tych budowli mieści dziś jakieś oficjalne instytucje, których fotografowanie może być związane z ryzykiem utraty filmu czy nawet aparatu.   Kilka razy jednak zaryzykowałem...  Takie zdjęcie jak obok (port i w dali kolonialne budynki na klifie zajęte przez wojsko) też pewnie jest zabronione... 
Najciekawszym zabytkiem stolicy (i całego kraju) jest katedra stojąca przy Plaza de Espana.  Ten niewielki plac jest bardzo ładnym zakątkiem, otwartym z jednej strony w kierunku zatoki. Ale pierzeję na lewo od katedry wypełnia jakiś rządowy pałac, którego oczywiście fotografować nie wolno, a naprzeciw katedry budują stylowy i luksusowy hotel "President" - ciekawe czy wolno będzie go fotografować... 

Ja mieszkałem w najtańszej "Residencial Nely" płacąc 10000 CFA (15 USD) za pokój ze wspólnym prysznicem  na korytarzu. Prysznic i kran były czynne tylko wtedy gdy recepcjonista Zurano włączył pompę. A pompę można było włączyć tylko wtedy gdy czarni chłopcy nanosili wiadrami wody do zbiornika. Jakie to proste i logiczne!    Za 18000 CFA (28 USD) w tej samej noclegowni można mieć pokój z klimatyzatorem. Ale z wody korzysta się na takich samych zasadach...  A klimator działa oczywiście tylko wtedy gdy jest prąd... Że drogo?   No cóż, to przecież centrum stolicy...   Ale jest wybór: płacąc trzy razy więcej można spać w takim hotelu , który ma własny agregat i własną studnię głębinową...   

Bioko373.jpg (43925 bytes)

Stołeczne kramy są dobrze zaopatrzone. W niektórych można dostać nawet importowane, markowe alkohole.  Płaci się frankami Centralnej Afryki (CFA).  Ale niektórzy przyjmują także równowartość w dolarach.  Za 1 USD dają 650 CFA. 

W centrum miasta, naprzeciwko przedstawicielstwa "Iberii" jest supermarket.  Próbki cen: bułka jak pół bagietki: 50,  litrowy karton soku: 850, kostka masła: 700, puszka mielonki: 850, najtańsze piwo - mała butelka: 300.    

Biokomp.jpg (41428 bytes)

Atrakcji turystycznych na wyspie Bioko jest niewiele: W okolicach stolicy nie ma plaż. Ponoć na południu wyspy - w Ureca jest plaża na której żółwie składają jaja. Tyle że dostać się tam można tylko drogą morską lub helikopterem; droga jest nieprzejezdna.   Atrakcją może też być wspinaczka na wulkan Pico de Malabo (Kiedyś - jak na mapie obok - nazywany Pico de Santa Isabel - ma nieco ponad 3000 m npm) wystrzelający w niebo w centrum wyspy.  Podobno jedynie końcowy odcinek trasy pokonuje się pieszo, bo do instalacji wojskowych które są pod szczytem doprowadzono drogę. Tyle, że przed wycieczką należy wystąpić do znanego już nam ministerstwa o zezwolenie, zapłacić kolejne 17000 CFA... Podczas mojego pobytu wierzchołek wulkanu tonął w chmurach - uznałem, że nie warto.

Luba - reprezentacyjna ulica

Zafundowałem sobie za to wycieczkę do drugiego co wielkości miasta wyspy: do Luby.  Minibus kosztował 1500 CFA w każdą stronę.  W wioskach po drodze miejscowi sprzedawali upolowane małpy i duże małże.  A sama Luba okazała się nieciekawą, prowincjonalną dziurą... Przez miasteczko przepływa rzeczka w której miejscowe kobiety piorą bieliznę. Instytucje turystyczne reprezentuje pamiętający dobre kolonialne czasy Hotel Jones ulokowany w centrum - właśnie nad tą rzeczką. Z jego dawnej świetności niewiele pozostało ale i pobierane opłaty nie są wysokie: 10 000 CFA za noc...

Mieszkańcy wyspy Bioko raczej rzadko się uśmiechają, nie szukają też kontaktu wzrokowego. Na cudzoziemca przechodzącego ulicą pozornie nie zwraca się wcale uwagi. Ale wystarczy tylko wyciągnąć aparat z torby, aby wywołać poruszenie i aby podniósł się krzyk. Taki zalotny uśmiech jak na zdjęciu obok jest rzadkością. 

Muni434.jpg (27688 bytes)

Muni436.jpg (31555 bytes)

Ludzie mieszkający na prowincji, z dala od miast są sympatyczni i bardziej kontaktowi, pod warunkiem , że nie są państwowymi funkcjonariuszami...                

Muni391.jpg (33080 bytes)

Zniszczone kolonialne budowle w Bata. 

Po dwóch dnia spędzonych na Bioko i uzyskaniu wizy Gabonu małym samolocikiem lokalnej kompanii poleciałem do kontynentalnej części tego państewka.   Stolicą Rio Muni - kontynentalnej części Gwinei Równikowej jest niewielkie miasteczko Bata.  Na podrzędne   lotnisko przylatują  małe samoloty - nie tylko z Malabo ale także (choć rzadziej) z Douali i Libreville.

W centrum znajdziecie tam starą wieżę zegarową na której rośnie tropikalne zielsko.  A nieopodal niej budują pierwszy wieżowiec. Dawna kolonialna architektura jest tu bardzo zaniedbana.  Z ładniejszych obiektów warto odwiedzić chiński hotelik Nnang Afang przy nadbrzeżnym  bulwarze. Ma przewiewną restaurację na wysuniętym w morze molo...

Hotel Panafrica - aktualnie najlepszy w Bata.  Stoi nad morzem przy wąskiej i brudnej plaży.  Ale z jego przewiewnego tarasu (na wysokości pierwszego piętra - od strony zatoki) otwiera się ładny widok na palmy i morze. Mieszkają tu miejscowi dygnitarze w podróży służbowej z Malabo i zagraniczni specjaliści.  Turystów nie widać...     
Atrakcją turystyczną Rio Muni (poza plażami, które są tu o wiele ładniejsze niż na Bioko) mógłby być Park Narodowy  Monte Alen zlokalizowany na północ od Bata. W parku zbudowano nawet hotelik dla turystów. Sondowałem, czy mam szansę tam pojechać.    W miejscowej delegaturze ministerstwa turystyki oświadczono mi: najpierw podanie do nas o pozwolenie na wycieczkę       (10 000 CFA) potem dojazd lokalnym transportem do bramy parku za 3000.  Tam trzeba wynająć sobie przewodnika, który pieszo poprowadzi do dżungli.  Nie potrafili powiedzieć za ile...  Skapitulowałem... 
Muni394.jpg (32001 bytes) Tak wyglądają peryferyjne ulice Baty. W takiej dzielnicy - przy wylocie z miasta na południe znalazłem pomalowany na niebiesko Hostal Doris Melina - bodaj najtańszy zakład noclegowy Baty. Nie ma szyldu...   Za pokoik ze stojącym wentylatorem (on i tak nie miał znaczenia bo zaraz po zmroku wyłączyli prąd) zapłaciłem po targach 6000 CFA.  Do mycia klient dostawał kubeczek i kilka wiaderek wody wyciągniętych ze studni na środku dziedzińca...  To niewiele zważywszy że od rana do zmroku panowała niesamowita duchota...
Muni395.jpg (38954 bytes) Kolonizatorzy odeszli, ale bagietki w kramach zostały!  W sąsiedztwie bagietek w budce pod zardzewiałą blachą był zakład fryzjerski, dalej bar i wulkanizacja opon...  Kto by mógł przypuszczać, że to co widać na sąsiednim obrazku to przystanek odjazdowy publicznej komunikacji w kierunku gabońskiej granicy?...   Tu ponad godzinę czekałem w skwarze (to i tak krótko) zanim skompletowaliśmy i wtłoczyliśmy do pojazdu, który widać na zdjęciu całą załogę .  Jechał do Mbini - miejscowości położonej gdzieś połowie drogi do granicy...   Zapłaciłem 1000 CFA za siebie i drugie tyle za plecak.  Potem kierowca zatrzasnął drzwi dociskając mnie szczelnie do sąsiadki - korpulentnej Murzynki i ruszyliśmy wyboistą drogą przez dżunglę. Rozprostować zbolałe członki mogłem dopiero na posterunku kontrolnym, gdzie trzeba było przespacerować się do siedzącego w cieniu pana sierżanta.  Umiał czytać!
Muni407.jpg (26100 bytes) Do samego Mbini nie dojechaliśmy. Kierowca wyrzucił nas na brzegu Rio Benito - szerokiej rzeki o brzegach porośniętych bujną zielenią.  -Mbini jest tam - po drugiej stronie!   Kursujący tu prom samochodowy też był po drugiej stronie.  Nie wiedząc jak długo przyjdzie na niego czekać postanowiliśmy ze współpasażerami  przeprawić się pirogą.  Kosztowało to wprawdzie po 500 CFA od głowy (prom - 200) ale nie trzeba było czekać w nieskończoność... 

Ludzie żyją tu z ogródkowego rolnictwa (bo to, co obrabiają to bardzo małe poletka) oraz z rybołówstwa.     

Na przystani w Mbini czekali przy piwie: znudzony policjant i nadgorliwy podoficer miejscowego garnizonu.  Bez trudu wyłuskali mnie spośród czarnych pasażerów  pirogi.  Nareszcie mogli pokazać jacy oni są tu  ważni!   Paszport!   Dokąd?  Po co?  Dlaczego przez Mbini?  A gdzie zezwolenie?  Kto powiedział że nie trzeba zezwolenia?  -Pójdziesz ze mną do dowódcy! - nadgorliwy, młody podoficer chciał się wykazać przed przełożonym wyjątkową czujnością.

Muni404.jpg (43200 bytes)

  Poszedłem... Do wojskowego campusu nie było na szczęście daleko. Musieliśmy poczekać pod cienistym mangowcem aż kapitan Claude skończy południową sjestę.  Na szczęście znał francuski i miał trochę jaśniej w głowie niż jego podwładny. Po zarejestrowaniu moich danych na posterunku zostałem zwolniony...  Taka właśnie kochani jest ta Zachodnia Afryka...  Trzeba dużo cierpliwości i odporności na stresy...

Mbini jest niewielkim miasteczkiem o niskiej zabudowie rozrzuconej wśród zieleni.  W czasach kolonialnych w Mbini był duży zakład przerabiający pozyskiwane w okolicznej dżungli drewno.  Dziś betonowe konstrukcje suwnic i hale zarosły już tropikalną roślinnością.       

"Parador". Jedyny hotelik w Mbini.  Drzwi z nieheblowanych desek zamykane od środka na gwóźdź. Bez światła (ale dostałem nową, chińską lampę naftową), bez bieżącej wody, bez siatek w oknach i bez moskitiery...  Gospodarza - Melchiora nauczyłem, że w takiej sytuacji gościowi wypada wydawać chociaż bezpłatny wrzątek... Nocleg w tych luksusach kosztował 3000 CFA... 

Muni419.jpg (35988 bytes)

Muni405.jpg (37086 bytes)

Pod wieczór wyruszyłem na spacer po osadzie. Przy ładnej plaży rybacy czyścili sieci, ale nie chcieli abym ich fotografował.  Nieco dalej pracował szkutnik.  Przy kiepskim stanie dróg podstawowym środkiem transportu jest w tych okolicach łódź - dłubanka o płaskim dnie wykonywana taką samą techniką jak przed wiekami - przy użyciu toporka mającego kształt motyczki. Ten jegomość już drugi miesiąc pracowicie ociosywał kadłub.  Ale jak widać niewiele mu już zostało do wodowania... 
Po Hiszpanach został  w Mbini ładny, choć ubogi kościółek i popadający w ruinę budynek na cyplu nad morzem, który mieścił kiedyś stację meteo.  I to już wszystko, co jest tu do zobaczenia...

Ruch na czerwonych, szutrowych ulicach był minimalny.  Przezornie rozpytywałem w sklepikach o to, czy rano pojedzie coś w kierunku gabońskiej granicy. -Stąd to raczej nic nie jeździ, ale dwa kilometry na południe od miasteczka jest wioska King.  Tam na skrzyżowaniu możesz złapać jakiś przelotowy samochód jadący z Bata! 

 

          

Muni439.jpg (47523 bytes) Kiedy rano człapałem z plecakiem przez osadę przed barakiem posterunku policji komendant (w cywilu) właśnie wciągał na maszt państwową flagę. Przystanąłem nie chcąc manifestować lekceważenia tej uroczystej chwili. - Poczekaj, podwiozę cię do King!   Policyjny samochód toczył się powoli, postukując na wybojach.   W Kingu okazało się, że zazwyczaj tylko raz dziennie - rano jedzie do Acalayong taki oto środek publicznego transportu. Płaci się 5000 + 1000 CFA za plecak. Przytroczyli go do sterty bagażu liną - tuż nad przednią szybą. -To dobre miejsce- pomyślałem - będę widział jak będzie spadał!    
King.  W wioskowym sklepiku na rozdrożu dostać można nie tylko importowane puszki i napoje, ale także śniadanie: małą bagietkę posmarowaną margaryną i zawinięte w liście korzenie gotowanej kassawy (manioku) ...

Muni427.jpg (41345 bytes)

Muni442.jpg (64290 bytes)

Droga krajowa nr 1. Wyboje, kałuże pełne wody, błoto. W porze deszczowej niektóre odcinki można przejechać tylko trakiem o wysokim zawieszeniu lub traktorem...  Po obu stronach bujna, dziewicza dżungla. Osiedli po drodze zaledwie kilka.  Prawdziwa Afryka...

Takimi drogami przyjdzie Wam jechać, gdybyście chcieli dostać się lądem, wzdłuż wybrzeża z Kamerunu do Gabonu.  To jest możliwe - spotkałem podróżnika który tak przyjechał - głównie na skrzyniach ciężarówek - z Kribi w Kamerunie. W Bata są konsulaty zarówno Gabonu jak i Kamerunu, gdzie bez większych trudności można dostać potrzebne wizy.             

Muni451.jpg (42263 bytes)

Na końcu tej czerwonej drogi nad rzeką leży małe osiedle Acalayong.  Małe, bez żadnego hoteliku, ale jednocześnie dostatecznie duże, aby był tu szlaban i dwóch znudzonych policjantów, którzy przez prawie godzinę pastwić się będą nad paszportem białego podróżnika. Miejscowych nie kontrolują...   Ale biały - może straci cierpliwość i da w końcu jakąś łapówkę za szybsze wpisanie jego danych do zeszytu?    Wytrzymałem... Popatrzcie na mapkę poniżej: aby dotrzeć do granicznego miasteczka Cogo trzeba było przeprawić się pirogą przez jedno z ramion szerokiego estuarium Rio Muni...   Piroga była solidna: pomieściła 8 tubylców, kilka koszy z towarem i mnie - jedynego w tym towarzystwie białego.   
Właściciele motorowych piróg oferują podróżnym udającym się do Gabonu kompleksową obsługę: zabierają ich z Acalayong do Cogo (ok. pół godziny rejsu) tam czekają, aż klienci załatwią w "comandarii" formalności wyjazdowe i wpłacą łapówki a następnie płyną dalej na gaboński brzeg  aż do Coco Beach u ujścia estuarium (około 1,5 godziny pływania). W Coco Beach jest placówka graniczna Gabończyków.  Cała ta kombinacja kosztuje 4000 CFA od osoby - jeżeli jest dostatecznie duża liczba chętnych. Ale jeśli podróżnych jest mało i bardzo im się spieszy to wynajęcie całej pirogi na tą trasę kosztuje 40 000 CFA.  A jak cię nie stać to siedź i czekaj...  Zauważyłem, że przewoźnicy szmuglują na drugą stronę zagraniczny alkohol. Widać i na tym można dorobić!   

Cogo (na zdjęciu obok) jest znacznie większą osadą od Acalayong, z ładnym, widocznym z daleka kościołem i posterunkiem straży granicznej w którym uzyskuje się wyjazdowy stempel.  Ten stempel kosztował mnie 2000 CFA - bezprawnie pobrane przez urzędnika.  Inni - celnik i ten, który odprowadzał nas do pirogi też chcieli coś na piwo, ale wybronił mnie przed nimi Kazimierz.    Kazimierz spod równika... Naprawdę miał w dokumentach napisane polskie imię: Casimiro.  Przyjechaliśmy razem przeładowanym pick-upem z Kingu.  Kiedy dowiedział się, że jestem z Polski poczuł się za mnie odpowiedzialny i holował aż do odjazdu z Cogo broniąc zażarcie przed miejscowymi biurokratami i łapówkarzami.   Dzięki Ci, Kazimierzu!
Opuszczałem ten kraj bez żalu. Gwinea Równikowa nie jest miejscem zbyt przyjaznym dla podróżnika... Ale po to, aby się o tym dowiedzieć trzeba było tam dotrzeć...

Przewoźnik - Gwinejczyk ubrany był w propagandowego T-shirta reklamującego jedynego słusznego prezydenta. Podczas mojego pobytu w Gwinei Równikowej widziałem tak ubranych ludzi na każdym kroku. Popularne byłe także czapeczki z prezydentem i takież spódnice... Widać przed wyborami rozdano biednemu narodowi kilkaset tysięcy sztuk takiej odzieży, aby wiedział na kogo głosować... 

W miarę, jak zbliżaliśmy się do otwartego morza naszą pirogą huśtało coraz bardziej.  Na brzegu po lewej dało się wkrótce rozróżnić rozrzucone wśród zieleni domy i wystającą ponad zabudowę sylwetkę wieży ciśnień z widocznym z daleka napisem "COCOBEACH" - to już był Gabon - następny kraj na szlaku mojej wędrówki przez Czarny Kontynent... 

     >>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĄG  DALSZY - przejście do relacji z Gabonu

Przejście do strony "Moje podróże"                                           Back  to  main  travel page 

Powrót do głównego katalogu                                                    Back to the main directory