Wyprawa do Arktyki - 2012 - Arctic Expedition

Część I - Kanadyjska Arktyka -        Part one - Canadian Arctic

Tekst i zdjęcia - Wojciech Dąbrowski © - text and photos


For a long time I dreamed of sailing the challenging Northwest Passage. Already in 2011 it seemed, that I was close to the desired goal: I got a journalist space on the Russian  icebreaker "Kapitan Khlebnikov" scheduled to sail from Greenland to Chukotka. I had bought airline tickets and... after the famous ship accident on the Volga Russians ordered to check all their ships. As a result, "Khlebnikov" instead to cruise  the Northwest Passage sailed to the shipyard. The expedition was canceled.

But I didn't gave up. Soon I found Canadian company who once-a-year organizes  the sailing from Canada through the Northwest Passage to Greenland. I departed from Poland on the last day of August 2012. Condor Airlines are probably the only carrier who offers one-way ticket to America on reasonable price. I flew with them via Frankfurt to Calgary over Greenland:

 

Od wielu lat marzyłem o podróży przez legendarne i trudno dostępne Northwest Passage  - Przejście Północno-Zachodnie. W wywiadzie dla onet.pl w lipcu 2009 roku mówiłem, że to marzenie chwilowo nieosiągalne. Ale o wielu moich projektach na początku myślałem, że są nierealne.

Już w 2011 roku wydawało się, że jestem bliski upragnionego celu: dostałem dziennikarskie miejsce na rosyjskim lodołamaczu "Kapitan Khlebnikov" płynącym z Grenlandii na Czukotkę. Miałem już wykupione bilety lotnicze, kompletowałem ekwipunek i... po słynnym wypadku pasażerskiego statku na Wołdze Rosjanie zarządzili przegląd swoich jednostek. W rezultacie "Khlebnikov" zamiast przez Northwest Passage popłynął na stocznię. Rejs odwołano... Nie dając za wygraną rozpocząłem poszukiwania innych możliwości. Udało mi się znaleźć kanadyjską kompanię, która raz w roku organizuje wyprawę na niewielkim statku z Kanady przez Northwest Passage na Grenlandię.

 

 

Odleciałem z Polski ostatniego dnia sierpnia 2012.

 

Poleciałem przez Frankfurt do Calgary linią Condor. To jedyna chyba europejska linia, która za rozsądną cenę sprzedaje bilety one-way do Północnej Ameryki. Boeing 767 Condora leciał nad Grenlandią, a że pogoda była wyśmienita, to mogłem zrobić kilka ciekawych zdjęć wybrzeża tej największej wyspy świata. Te widoki zapowiadały to, co miałem zobaczyć na dalszej trasie - już z poziomu morza:

     

 

Greenland from the air.

 

Dziesiątki gór lodowych o różnej wielkości dryfowało wśród skalistych wysepek rozrzuconych wzdłuż wybrzeża. A dalej dominowała wielka czapa śnieżna pokrywająca całe centrum Grenlandii. Na krańcach tej czapy widać było języki lodowców opadających z niej ku morzu:

 

     

 

Lot naszego boeinga 767 trwał długich 10 godzin. Condor karmi wprawdzie swoich pasażerów, ale wybór filmów jest ograniczony, więc dobrze zabrać do kabiny coś do czytania - najlepiej zapisanego w elektronicznym czytniku, np w kindle.

Port lotniczy Calgary (zdjęcie obok) jest funkcjonalny i nieduży. Wózki bagażowe są tu bezpłatne. Bez kłopotu dojechałem takim wózkiem do exitu 11 na poziomie "Departures", gdzie stoi mały kantorek międzymiastowych autobusów.

     

 

Z lotniska w Calgary kilka razy dziennie kursuje bezpośredni autobus "Red Arrow" do Edmonton - stolicy prowincji Alberta, gdzie miałem spotkać pozostałych uczestników ekspedycji. Bilety można zarezerwować z dużym wyprzedzeniem przez internet. Autobus jest komfortowy: tylko 3 siedzenia w rzędzie, ma na pokładzie wi-fi  oraz darmowe napoje i krakersy.

Jechaliśmy non-stop przyzwoitą autostradą, a po jej obu stronach rozciągały się wielkie, płaskie pola prowincji Alberta - po niedawnych żniwach zupełnie puste.

   

Do celu dojechaliśmy już po zmroku. Kierowca busu na moją prośbę, aby wyrzucił mnie gdzieś na rogu 81 ulicy, przy której jest schronisko młodzieżowe rzucił tylko: -Powinieneś wysiąść na pierwszej stacji busów i wziąć taksówkę. Wysiadłem. Taksówkarz zażądał 15 dolarów wiec poszedłem pieszo przez ciemne i puste miasto. Dotarcie do schroniska zabrało mi 35 minut.

     
   

Edmonton ma ponad 700 tysięcy mieszkańców i leży nad rzeką North Saskatchewan (zdjęcie powyżej). Mają tam nawet quasi -parowiec, który pływa po rzece z turystami. Miasto jest stolicą prowincji Alberta, która akurat obchodziła swój setny jubileusz. Na gmachu legislatury - jednym z najbardziej reprezentacyjnych w mieście umieścili wymowną "setkę":

     

     
   

Reprezentacyjne budynki stolicy Alberty skupione są w centrum, które można zwiedzać na piechotę. Sercem miasta jest bez wątpienia Plac Churchilla z wielką fontanną, którą zbudowali przed nakrytym szklaną piramidą budynkiem ratusza:  

     

     
   

 

W pięknej scenerii tej fontanny fotografują się tutejsze młode pary. Trafiłem właśnie na taki moment i pozwoliłem sobie go uwiecznić na zdjęciu poniżej. Jak sami możecie stwierdzić, tutejsze społeczeństwo wchłonęło wielu emigrantów z różnych zakątków świata. Ale dziewczyny są ładne - prawda? 

     

     
   

 

Po drugiej stronie Placu Churchilla stoi okazała biblioteka - ważna dla trampa również dlatego, że można w niej skorzystać z bezpłatnego internetu (w bogatej Kanadzie darmowe miejskie hot-spoty są wciąż jeszcze tylko marzeniem).  Biblioteki nie fotografowałem, ale warto było na pewno uwiecznić jeszcze jedną budowlę stojącą przy placu: Alberta Gallery. Nowoczesna architektura rzadko potrafi mnie zainteresować, ale w linii tego budynku jest coś, co mi się podoba. A przede wszystkim nie jest to chyba żadne naśladownictwo:

     
     

Z centralnego placu przez Chinatown (mają tu takie) można dojść w ciągu kwadransa do ukraińskiej katolickiej katedry Św. Jozafata - bardzo okazałej budowli (pokazuję ją na zdjęciu poniżej). Kościół wzniesiono w okresie drugiej wojny dla licznej grupy przybyłych wcześniej emigrantów z Ukrainy. W pobliżu jest także ukraińskie muzeum.

     

     

 

Wczesnym rankiem musiałem dostać się z centrum miasta na lotnisko. Przez Edmonton kuruje sprawna kolejka miejska (LRT). Ale nie dojeżdża do lotniska, tylko do węzła Century Park (bilet 3 $) gdzie trzeba się przesiąść na kursujący co pół godziny autobus 747 (opłata 5$ - trzeba mieć odliczoną kwotę), który dowiezie was do terminalu. To jest wg mojej wiedzy najtańsza metoda na dotarcie do Edmonton Airport.

Na lotnisku w Edmonton spotkałem pozostałych członków ekspedycji: Kanadyjczyków, Amerykanów, Australijczyków, Anglików i czwórkę Niemców. Czekał tam na nas wyczarterowany samolot z polarnym misiem na ogonie, który miał nas zabrać do Kuglugtuk (dawna nazwa miejscowości: Coppermine) - osady za kręgiem polarnym, gdzie już czekał nasz stateczek.

Zaczęło sie feralnie. Samolot (już na pierwszy rzut oka dostrzegłem, że to rupieć) po godzinie lotu zawrócił do Edmonton, bo przestało działać jakieś ważne urządzenie.  :) Na szczęście na macierzystym lotnisku znaleziono część zapasową, w ciągu godziny wymieniono bubel i wystartowaliśmy ponownie!

 

Charter plane took us  through the Arctic Circle to Kuglugtuk (Coppermine), where our expedition ship "Clipper Adventurer" was waiting.

 

   

 

 

 

Lecieliśmy nad pustkowiami. Nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym. A potem nad rozległą, pustą tundrą, która o tej porze roku mieniła się w słońcu różnymi odcieniami brązu i rozsianymi wszędzie oczkami wodnymi...

W końcu samolot zatoczył koło nad morską zatoką i siadł na szutrowym pasie startowym podnosząc wielki tuman pyłu. Odetchnąłem - byłem już w Arktyce, choć późnym latem nie było tu widać śladów śniegu. Pomaszerowaliśmy do maleńkiego, ciasnego baraczku, pełniącego w Kuglugtuk funkcję terminalu (zdjęcie na prawej kolumnie).

Nasze bagaże wkrótce przeładowano na furgonetkę, która miała je zabrać na przystań, a my - amatorzy arktycznej przygody pomaszerowaliśmy w słońcu pylistą drogą do odległej o 2 kilometry osady. Zafascynowany robiłem pierwsze zdjęcia arktycznej przyrody. Tu nie było żadnych drzew, a najwyższe krzaczki odrastały od ziemi zaledwie na jakieś 20 cm:

 

     
     
   

W końcu zobaczyłem nasz statek. "Clipper Adventurer" kotwiczył na środku zatoki. Bo w Kuglugtuk nie ma żadnego nabrzeża dla statków, a jedynie mały, drewniany pomost, przy którym może zacumować zaledwie niewielka łódź. To z tego pomostu gumowe łodzie z motorami - tzw. zodiaki miały nas zabrać nas i nasze toboły na statek.

     

     

 

 

Kuglugtuk okazał się niewielką osadą. Jej domy rozrzucone były na spotym obszarze pociętym szutrowymi drogami. Przeżyłem zaraz na wstępie pewne rozczarowanie: tutejsze domy nie były tak malownicze i kolorowe jak te, które wcześnie widziałem na Grenlandii. W krajobrazie osady dominowały parterowe baraczki:

     

     

 

Przy wielu domach widziałem zaparkowane skutery śnieżne. O tej porze roku jeszcze bezużyteczne, ale przypuszczam, że już w październiku jeździ się tu na takich skuterach po zakupy do jedynego sklepu.

Zwróciłem uwagę na posterunek Królewskiej Kanadyjskiej Konnej Policji (taka jest oficjalna nazwa na szyldzie). Ale kilku rezydujących tu funkcjonariuszy jeździ raczej furgonetkami.

 

W Kuglugtuk jest także hotel, z którego korzystają nie tyle turyści, co przybywający tu służbowo przedstawiciele państwowej administracji. Na zdjęciu poniżej główny budynek, ale jest tam jeszcze kilka pawilonów...

 

     

 

W osiedlu jest także szkoła. To dla dzieci szkolnych sprowadzony tu jedyny school bus (zdjęcie obok). Dzieciaki doceniają go szczególnie gdy pogoda się załamuje i ciężko wracać do domu po ciemku, w wichurze czy śnieżycy. Gdy trzeba obsłużyć jakąś zabłąkaną grupę turystów, jak nasza to ten bus jest jedyną opcją.

 Satelitarną mapkę Kuglugtuk - dawnego Coppermine możecie obejrzeć w oddzielnym oknie klikając tutaj.

 

 

Latem, gdy do Kuglugtuk może dopłynąć statek uzupełnia się zapasy paliwa w zbiornikach wybudowanych na peryferiach osady. Paliwo potrzebne jest przede wszystkim dla spalinowej elektrowni i ciepłowni, ale także dla pojazdów. Zapas musi wystarczyć do zakończenia kolejnej zimy.

 

Na brzegu zatoki widziałem kilka takich domków. Kiedyś, w połowie XX wieku ktoś tu mieszkał, dziś przechowują tu jedynie osprzęt rybacki.

     

 

   
   

W Kuglugtuk spędziłem zaledwie kilka popołudniowych godzin i było to moje pierwsze spotkanie z Kanadyjską Arktyką - z jej najbardziej wysuniętą na południe częścią, gdzie wciąż jeszcze w krajobrazie królowały kolory jesieni:

     

 

Pospiesznie wracałem do przystani.  Wskoczyłem do ostatniego zodiaka (na którejś z poprzednich ekspedycji personel złośliwie nazywał mnie "mister last zodiac" - bo do maksimum starałem się wykorzystać czas pobytu na lądzie) i popłynęliśmy ku stateczkowi, który przez kilka następnych tygodni miał być moim domem...

 

 

Zobaczyłem w końcu moją kajutę na dziobie. Miała dwie dolne koje i jeden bulaj i była jedną z najtańszych na statku. Tańsze od niej były tylko dwie kajuty z piętrowymi kojami na samym dziobie: trzyosobowa i czteroosobowa.

Na współlokatora los zesłał mi Chrisa - Kanadyjczyka w średnim wieku. Konfliktów nie mieliśmy. 

Kapitanem naszego statku był Szwed (na zdjęciu obok), Resztę załogi stanowili Filipińczycy i przybysze z krajów Ameryki Łacińskiej. Jak na większości statków ekspedycyjnych także i na tym obowiązywała zasada otwartego mostka - o każdej porze dnia i nocy pasażerowie mogli przyjść do sterówki, patrzeć na radary, mapy i robić zdjęcia. Byle tylko nie przeszkadzać!

 

 

 

W kierownictwie ekspedycji dominowali Kanadyjczycy. Ale było też czworo Eskimosów czyli Inuitów, To oni już od pierwszego dnia przekazywali nam wiedzę o historii i kulturze ludzi zamieszkujących Arktykę:

 

     

     
   

 Nasze panie - Inuitki ubierały na takie spotkania swoje tradycyjne stroje. Na stole zapalano prawdziwy kaganek zasilany foczym tłuszczem - taki, jakim oświetlano i ogrzewano wnętrza inuickich chat.  Tylko do futrzanego nosidła dla malutkich dzieci wkładano lalkę zamiast żywego niemowlęcia.

     
     

 

 Nasze Inuitki ze zdumiewającą zręcznością posługiwały się nożem ulu, który służy Inuitom zarówno do oprawiania upolowanych zwierząt jak i do kruszenia wysuszonych porostów na przyprawy czy przycinania skór przed przystąpieniem do szycia z nich ubrań.

Na zdjęciu obok widać właśnie Inuickie wyroby ze skóry: bucik i laleczkę.  

 

Jeszcze tego samego wieczoru kiedy nas zaokrętowano mięliśmy wyruszyć w drogę. Przedstawiono nam ostateczną trasę ekspedycji (to, co obiecywano we wcześniejszych informacjach okazało się tylko przymiarką).

Pokazuję tą trasę na mapce poniżej. Pierwotna wersja trasy przewidywała, że wielką Wyspę Wiktorii opłyniemy od strony zachodniej. Ale okazało się, że kanadyjska agenda rządowa nadzorująca żeglugę w tych trudnych akwenach nie chciała wydać zezwolenia na całość tego odcinaka ze względu na niejasną sytuację lodową (przy obecnych urządzeniach satelitarnych wydaje mi się to śmieszne, ale może się na tym nie znam):

 

     

     

 

Zachody słońca w Arktyce są bardzo malownicze. Oczywiście pod warunkiem, że niebo nie jest silnie zachmurzone. Tego pierwszego wieczoru mieliśmy szczęście - jak widzicie ładnie to wyglądało, a ja przyjąłem to za dobrą wróżbę - oby tak dalej!

W statkowym barze mieliśmy zainstalowany monitor wyświetlający mapę i aktualne położenie statku. To był dopiero komfort! O każdej porze dnia i nocy można było bez wspinania się na mostek sprawdzić gdzie jesteśmy, jak daleko do... i jak nazywa sie wyspa obok której przepływamy. Na moich pierwszych ekspedycjach o takich udogodnieniach nikt nawet nie marzył.

 

 

 Ten długi przesmyk między Wyspą Wiktorii i kontynentem nazywa się Coronation Gulf - płynęliśmy nim przez całą noc.

Ranek zastał nas naprzeciwko Inuickiej osady Cambridge Bay. Tu mieliśmy mieć nasze pierwsze miejsce lądowania. Ale najpierw gospodarze (w tym ładne dziewczyny) przypłynęły najpierw do nas, by powitać i dać popis inuickiego gardłowego śpiewu - to zupełnie coś innego od naszych piosenek!

 

Zatoka, w której leży ta największa w Kanadzie inuicka osada jest dobrze osłonięta wiec skakanie z trapu do gumowego zodiaka nie było ryzykowne.

     

Cambridge Bay - the biggest Inuit settlement in Canada.

 

 

 

 

   

Wkrótce wszyscy byliśmy na kamienistym brzegu. Tu można było zdjąć ratunkowe kamizelki (obowiązkowe na zodiaku) a także gumiaki, które zakłada się, gdy przewidywane jest "mokre" lądowanie (czyli chlup do płytkiej wody). Niestety większość naszych lądowań  to były lądowania mokre...

 

   

 

   

Taka mapkę Cambridge Bay trudno jest zdobyć, więc sfotografowałem ją i zamieszczam tu ku pożytkowi innych podróżników. Numerki po drugiej stronie zatoki to miejscowe "zabytki": m.in. wrak statku Amudsena i ruiny kamiennego kościoła. 

     

  

     
   

Zabudowa Cambridge Bay jest prawie całkowicie współczesna, a najważniejsze budowle osady zgrupowane są przy szerokiej, głównej ulicy. Maszerowaliśmy nią dziarsko w kierunku centrum kulturalnego, które mieści się przy high school. Tam znajdziecie ciekawą ekspozycję etnograficzną, freski na ścianach i stoisko z pamiątkami (pocztówki po 2 dolary):

     

     

 

 

Ważne dla podróżników i żeglarzy: w centrum kulturalnym są cztery stanowiska bezpłatnego internetu.

 

 

Z kolei przed szkołą podstawową stoi głaz z płaskorzeźbą przedstawiającą Inuita polującego z ościeniem (zdjęcie obok).

 

 

W Cambridge Bay jest mała przetwórnia ryb dająca pracę mieszkańcom.

 

 

Rozrywek mają tu niewiele, jeden taki, z którym rozmawiałem na ulicy (są bardzo kontaktowi) zwierzył mi się, że z niecierpliwością czeka na pierwszy śnieg, no bo wtedy nareszcie można będzie pojeździć na śnieżnych skuterach. Na razie skutery stoją na trawie, a oni jeżdżą po osadzie o długości może 3 km samochodami. Poza osadę takim pojazdem nie da się wyjechać, bo nie ma dróg...

     

     
   

 Na wschodnim krańcu osady zbudowano niewielki "Visitors Center". Wokół niego ustawione są tablice z informacjami o historii i przyrodzie tych okolic. Ale samo centrum było zamknięte... Akurat wolny dzień. Rzadko tu trafiają turyści...

Przy głównej ulicy Cambridge Bay znalazłem także zamknięty na głucho katolicki kościółek, przypominający raczej barak:

     

 
Wreck of Amudsen's "Maud".  

Odpływając zodiakami z Cambridge Bay okrążaliśmy drewniany wrak okrętu Amudsena "Baymaud". Wielki polarnik zamierzał dotrzeć nim do bieguna północnego dryfując w lodach. Specjalnie w tym celu zbudowano "Maud". Ekspedycja nie doszła do skutku ze względu na brak pieniędzy. "Maud" sprzedano Hudson Bay Company, która zmieniła jego nazwę na "Baymaud". Po kilku latach statek zatonął...

     

     

 

   Mount Pelly - spora górka odległa o kilka kilometrów tego dnia była słabo widoczna.

Po drugiej stronie wąskiej zatoki jest coś, co miejscowi nazywają Old City. Właściwie jest to tylko miejsce po pierwszej zbudowanej tu osadzie z ruinami kamiennego kościoła. W dali widać wysoką stalową wieżę - pozostała z czasów zimnej wojny, gdy Amerykanie zbudowali w Arktyce cały łańcuch stacji radarowych, które miały wcześnie ostrzegać o zbliżającym się nieprzyjacielu.

 

Pod wieczór wróciliśmy na statek i popłynęliśmy dalej na wschód - do Wyspy Jenny Lind (na mapce poniżej widać pozycję statku przy tej wyspie)

Wyspa Jenny Lind - Jenny Lind Island

 

 

 

Ranek był bardzo mglisty. Na szczęście po śniadaniu powiał wiatr rozpraszając tuman i mogliśmy wylądować na piaszczystej plaży. Było zimno. Morze rozhuśtane. Aby było cieplej po wylądowaniu nie zdejmowałem czerwonej kamizelki. Wyspa nosząca imię szwedzkiej śpiewaczki operowej była zupełnie płaska i nie wyglądała zbyt ciekawie.

   

 

 

 

A jednak nasi przewodnicy zapowiadali, że widuje się tu dziko żyjące woły piżmowe i renifery. Niedźwiedzi polarnych raczej nie powinno być, ale... Zgodnie z przepisami pięciu "naszych" miało flinty na niedźwiedzia i zapowiedziano, że od grupy odłączać się nie wolno...

 

 

Po długotrwałym lornetowaniu okolicy (niedźwiedzi nie widać!) ruszyliśmy do  wnętrza wysepki po mchu, kamieniach i maleńkich porostach...

Aha! Coś tam na horyzoncie jest! To woły piżmowe (muskox), ale są tak daleko, że nawet przez teleobiektyw 300 mm widać je tylko jako niewielką plamkę.  

 

 

 

 

 

Arktyka, którą tu oglądaliśmy już bez słońca była szara, kamienista i smutna. Krajobraz ożywiały tylko kolorowe mchy porastające rozrzucone tu i ówdzie polodowcowe głazy:

     

     

 

Ale wśród tej surowej przyrody można  też dostrzec pewne ciekawostki. Poparzcie - na zdjęciu obok widać jak wiatr i inne czynniki pogodowe mogą w ciągu stuleci łupać kamienie - te dwie kamienne płytki kiedyś były jednym kamieniem. Podobnych widziałem tam więcej.

Po trzech godzinach na wyspie wracaliśmy za "Clippera" zziębnięci. yspa

 

 

Ten dzień wielu z nas rozczarował. Monotonią oglądanych krajobrazów. Nie było żadnej fauny w zasięgu dobrego zdjęcia, pogoda była smutna. Zawróciliśmy po południu na północny wschód zmierzając teraz do Prince of Wales Island. Na mapce nadrukowano na niej nazwę "Rort Ross", ale to tylko niedoskonałość komputerów... :)

 

Prince of Wales Island

 

Na górnym pokładzie naszego statku było miejsce dla dziesięciu gumowych "zodiaków". Zwykle spuszczano na wodę tylko kilka z nich, by wahadłowo przewoziły nas na brzeg. Ale w Zatoce Coningham na Wyspie Księcia Walii spuszczono na wodę całą flotyllę. Bo tutaj, aby zobaczyć większy teren mieliśmy oglądać brzeg tylko z zodiaków, bez wysiadania na ląd...

 

Akurat zaświeciło poranne słońce, gdy cała flotylla ruszyła w głąb zatoki. I tak powstało chyba jedno z lepszych moich zdjęć z tej podróży. jak się wam podoba?:

 

     

     
Coningham Bay:     

 

Szczęśliwie tego dnia moim zodiakiem kierował Ian Tamblyn. To bardzo pozytywna postać w kierownictwie naszej ekspedycji. Człowiek-orkiestra. Dosłownie! Muzyk grający na kilku instrumentach, poeta, kompozytor, bajarz i jak widać także sternik zodiaka. Człowiek niezmiernie przyjacielski i życzliwy.  

 

Tak wyglądała Wyspa Księcia Walii, gdy zbliżyliśmy się do jej brzegów, w wąwozach niewysokich gór widać było resztki śniegu z poprzedniego zimowego sezonu:

 

     

 

 

Warto było płynąć. Z daleka miś wyglądał jak mała biała plamka. Gdy się zbliżyliśmy okazało się, że to dorosły osobnik. Wcale nie zamierzał uciekać. Uznał widać, że to jego terytorium i że to my - dziwne stworzenia, których wcześniej nie widział jesteśmy tu intruzami. Stał nad ogryzionymi niemal do reszty kośćmi bieługi - małego wieloryba, który nieopatrznie zapuszczając się na płycizny często pada ofiarą niedźwiedzi polarnych.

   

 

     
    Nasz specjalista od ssaków - Pierre orzekł, że to niedźwiedzica. Nie wiem, jak on to rozpoznał.

Podpłynęliśmy na jakieś 15 - 20 metrów do brzegu strzelając zdjęcia i wtedy nagle zrobiło się ciepło, bo niedźwiedzica ruszyła w naszym kierunku. Ze szkieletu wieloryba nie było już co ogryzać więc może...

     

     

 

 

 

Usiadła jednak na samym brzegu, wyciągnęła łeb w naszym kierunku i zaczęła wąchać ten nieznany widać zapach, dochodzący od strony łodzi.

     

 

 

 

 

 

W wizjerach aparatów widać było grube, puszyste futro które razem z warstwą tłuszczu chroni niedźwiedzie przed chłodem. Taka samica może podobno ważyć nawet 300 kilo przy długości tułowia około 2 metrów. Samiec tego gatunku może ważyć nawet 700 kilogramów.

Jak widzicie na zdjęciu poniżej nasza modelka  wstała zrobiła kilka kroków - jak na wybiegu. Nie mogąc się jednak zdecydować, czy wejść do wody...

     

 

Our first polar bear (female):  

 

Potem znowu przysiadła - tym razem en face... Na tym zdjęciu wyraźnie widać leżące za nią kości bieługi, która przez długi czas stanowiła zapewne jej pożywienie:

     

     

Nasi strzelcy - ochroniarze doszli do wniosku, że po 20 minutach obserwacji pora zawrócić, aby niepotrzebnie nie przedłużać ryzykownego przebywania w sąsiedztwie groźnego zwierzęcia, które w ciągu sekund może dopaść i rozszarpać człowieka. Przecież my nie mieliśmy gdzie się przed nim w razie czego schować, a niedźwiedzie doskonale pływają!

  Szczęśliwi i rozradowani wracaliśmy na statek. Możliwość obserwowania polarnych niedźwiedzi z tak niewielkiej odległości zdarza się na takich wyprawach niezwykle rzadko. Byłem wcześniej na Spitsbergenie i na Grenlandii, ale nie miałem szczęścia zobaczyć takiego niedźwiedzia na wolności. 

     

 

     

 

 

A teraz muszę przeprosić moich Czytelników. Dalszy ciąg tej relacji (wymaga to wielu godzin mojej pracy) powstanie dopiero po moim powrocie z kolejnej podróży - mam nadzieję, że przed końcem 2013 roku...

     
     

 

 

My hot news from this expedition (in English) you can read in my travel log:  www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

 

Notatki robione "na gorąco" na trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim  dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net

 

To the next part of this report

   

Przejście do drugiej części relacji  

 

Przejście do strony "Moje podróże"                                           Back  to  main  travel page 

Powrót do głównego katalogu                                                    Back to the main directory