Przez Atlantyk na Karaiby - 2011 - Across the Atlantic to the Caribbean

Tekst i zdjęcia - Wojciech Dąbrowski © - text and photos


Christopher Columbus discovered this island in 1493 and named it Santa Cruz - Island of the Holy Cross. The French colonized it, however, changing its name to the French one - Sainte-Croix. Danes, who bought the island in 1733 retained this name. Americans bought it from the Danes, and now pronounce the French name in his own mode...

 

Krzysztof Kolumb dotarł do tej wyspy w 1493 roku i nazwał ją Santa Cruz - Wyspą Świętego Krzyża. Kolonizowali ją jednak  Francuzi zmieniając nazwę na francuską - Sainte-Croix. Utrzymali tą nazwę ją Duńczycy, którzy kupili wyspę w 1733. Od Duńczyków kupili ją Amerykanie, którzy francuską nazwę wymawiają teraz po swojemu: [sent kroj]. 

 

Wyspa Sainte-Croix, choć jest największa w grupie Wysp Dziewiczych przez długie lata pozostawała poza zainteresowaniem turystów. Dlaczego? Motorem karaibskiej turystyki jest cruising - wycieczki na statkach, których pływa po Karaibach już ponad setka. Na St Croix nie było portu, który mógłby przyjmować wielkie wycieczkowce, wyrzucające na ląd po 2000 i więcej pasażerów. W końcu jednak wybudowano odpowiednie molo. I dzięki temu i ja mogłem odwiedzić tą wyspę za niewielkie pieniądze. Czy są inne drogi prowadzące na tą wyspę? Tak! Przylatują tu średniej wielości odrzutowce z Miami i Nowego Jorku. A z sąsiedniej wyspy St Thomas przypływa prom. Więcej szczegółów na ten temat znajdziecie na stronie www.vinow.com St Croix jest drogą wyspą. Dlatego zdecydowałem się zwiedzać ją ze statku. Tak wyglądała wyspa St Croix, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy z pokładu statku:

 

     
   

Stolicą wyspy jest Christiansted położony na północnym wybrzeżu. Ale przystań dla wielkich wycieczkowców zbudowano w miasteczku Frederiksted w zachodniej części wyspy. Te dwa miasta łączy główna droga wyspy - Queen Mary Highwy. Historycy ustalili, że Kolumb lądował w zatoczce Salt River na północy. Nie ma tam jednak żadnego pomnika, a do rezerwatu, który tam utworzono trudno jest dotrzeć nie mając własnego środka transportu:

 

   

Tak wyglądał Frederiksted, oglądany jeszcze z pokładu statku. Po lewej stronie pirsu na brzegu rzucają się w oczy czerwone mury małego fortu:

 

 

 

 

 

 

Lepiej widać te mury na zbliżeniu. Niestety widać także, że zabytek jest niezbyt zadbany - po prostu w wielu miejscach schodzi w niego farba... 

     

 

   

Po zejściu na ląd pospieszyłem oczywiście obejrzeć Fort Frederik, zbudowany przez Duńczyków w 1760 roku. Tak wygląda jego dziedziniec:

 

 

Wysokość murów tego fortu nie przekracza dwóch metrów, wiec wdarcie się do fortu nie było trudne. Na murach do dzisiaj stoją armaty, broniące przed intruzami drugiej na wyspie dogodnej przystani.

 

 

 Po drugiej stronie fortu jest niewielka miejska plaża. Pojawiła się tam spora grupa pasażerów z naszego statku. Nie mieli widać ochoty na snucie się w upale (temperatura w ciągu dnia przekraczała 30 stopni) uliczkami miast. Można i tak poznawać Karaiby... 

     

 

The old customs house in Frideriksted:

 

Ja poszedłem jednak zwiedzać senne miasteczko. Na początek tuż przy przystani fotografowałem budynek starego urzędu celnego:

 

 

 

 

Byłem mile zaskoczony dużą ilością kolonialnych budowli, którą zobaczyłem w uliczkach Frederiksted. Sądziłem, że amerykańska obecność zmieniła i wygląd i atmosferę dawnej duńskiej kolonii (kupionej za 25 milionów dolarów w złocie). Tym przyjemniejsze było zaskoczenie... 

n

 

 

W małym Fredriksted znalazłem kilka kościołów różnych wyznań - między innymi katolicki kościół Św. Patryka. Najlepiej jednak prezentował sie anglikański kościół St Paul  (na zdjęciu obok). 

 

 

 

Ne wszystkie stare domy odrestaurowano. Niektóre czekają z remontem na nowego właściciela - jak choćby ten piękny podcieniowy dom na zdjęciu poniżej.  "For sale"!

     

 

 

 

Wyspa ma 45 km długości. Chciałem dostać się jej stolicy - Christiansted. Pasażerom statków oferują tu przejazd do stolicy specjalnym autobusikiem ("shuttle") za 16 dolarów w obie strony. Ale warto wiedzieć, że miejscowi jeżdżą na tej trasie zbiorowym mikrobusem ze znakiem "taxi" na dachu i kosztuje to tylko 2,50 USD w każdą stronę. Oni nazywają to "van". Van jeździ główną ulica miasteczka - poczekajcie przy KFC...  

     

Po dwóch kwadransach jazdy kierowca vana wysadził mnie na głównej ulicy Christiansted - Company Street, w której przetrwało wiele zabytkowych domów z podcieniami:

     

Company Street zaczyna się przy starym porcie, gdzie stoi Scale House: Dom Wagi, gdzie w czasach kolonialnych ważono worki z trzcinowym cukrem - był to przez całe wieki główny artykuł eksportowy i największe bogactwo wyspy: 

     

Po drugiej stronie przyportowego placu w stoi równie leciwy Old Customs House - dawny urząd celny, będący obecnie siedzibą administracji parku narodowego.  Z lewej tej budowli widać wieżę Stepple Building. Początkowo był to kościół luterański, potem piekarnia, a obecnie jest tu muzeum:

 

 

 

   

Na cyplu obok dawnego portu dla ochrony swoich interesów Duńczycy zbudowali Fort Christianvaern. Wnętrza Fortu dziś pełnią funkcje muzealne. Wspólny bilet do fortu i Stepple Building kosztuje 3 dolary. Warto poświęcić ta kwotę, bo we wnętrzu jest co oglądać, a administrujący obiektami rangerzy z NPS mają dla każdego odwiedzającego plik prospektów o historii wyspy i przewodnik w kilku językach, który wyjaśnia przeznaczenie poszczególnych pomieszczeń.

   

 

Jest areszt, odtworzone kwatery duńskich żołnierzy i loch dla niepokornych. A w gablotkach eksponowane jest miedzi innymi autentyczne ogłoszenie o sprzedaży 300 dorodnych afrykańskich niewolników. Tak wygląda główny budynek fortu od strony dziedzińca:

 

   

 

 

Fort zbudowali Duńczycy w 1738 roku. Na murach sfotografowałem rząd starych armat, które podobno miały okazje strzelać tylko na wiwat... Piraci, czy inne kolonialne mocarstwa nigdy nie zaatakowali Christiansted.

Lufy armat skierowane są na przesmyk prowadzący do starego portu King's Wharf i małą wysepkę Protestant Cay, na której współcześnie funkcjonuje ekskluzywny hotelik:  

     

 

 

Na Protestant Cay turyści mają do dyspozycji niewielka plażę, a łączność z lądem, czyli z główną wyspą zapewniają kursujące wahadłowo łodzie:

 

   

Przy Company Street wzniesiono w XIX wieku bardzo reprezentacyjną rezydencję duńskiego gubernatora - również i dzisiaj mieści się tu siedziba władz: 

 

 

 

Mieszkańcy St Croix reprezentują mieszankę wielu ras.  Mieszka ich na wyspie 60 tysięcy. Mówią o sobie "Crucians" lub "Cruzans"...

 

Bardzo ładnie zagospodarowany jest tutejszy "waterfront" - to miejsce, gdzie kiedyś przy King's Wharf cumowały żaglowce. Współczesnie wzdłuż wybrzeża wybudowano pomosty do których cumują łodzie, a naprzeciwko jest jachtowa marina:

 

 

 

   

Christiansted może się podobać. Również dlatego, że na jego ulicach nie ma takich tłumów turystów jak w Charllote Amalia na wyspie St Thomas. Widziałem obie wyspy i gdybym teraz musiał wybierać w sytuacji kiedy moge odwiedzić tylko jedną z tych wysp - wybrałbym zapewne St Croix.

 

W górnej części Company Street znalazłem jeszcze anglikański kościół Św. Jana, który  wyróżnia się wysoką wieżą.  

 

 

   

Po zwiedzeniu Christiansted złapałem kolejny van, który dowiózł mnie w sąsiedztwo Cruzan Rum Destillery - destylarni produkującej rum. Funkcjonuje ona w pobliżu ruin starego kamiennego wiatraka. Takie wiatraki w dawnych czasach napędzały prasy, wyciskające sok z łodyg trzciny cukrowej. Cała wyspa usiana jest pozostałościami takich wiatraków:

 

 

Cruzan rum is known in the USA and the Caribbean. 

 

Ta marka znana jest na Karaibach i w USA. Poza regionem raczej nie, bo skala produkcji nie jest aż tak wielka, by szukać nowych rynków i zabrakło pieniędzy na promocję w świecie...

 

 

Gdy przybyłem na miejsce okazało się, że w odróżnieniu do fabryki Bacardi na Puerto Rico tutaj za wycieczkę z przewodnikiem trzeba zapłacić - 5 USD. Odwiedzających ochrona pieczołowicie zapisuje do zeszytu.

Zapłaciłem i ruszyliśmy na zwiedzanie. Tura trwała około 30 minut.

Po raz pierwszy widziałem, jak w wielkich, odkrytych zbiornikach odbywa się fermentacja trunku. Nie muszę dodawać, że wokół rozchodzi się silny, charakterystyczny zapach... 

 

 

W sąsiedniej wielkiej hali spiętrzono beczki na wysokość pięciu kondygnacji - tu odbywa się leżakowanie wyprodukowanego rumu - często przez wiele lat... Przeciętnie lat 12.

Zaskoczeniem była dla mnie informacja, że butelkowanie kruzańskiego rumu odbywa się... na Florydzie. Stamtąd butelki przywożone są z powrotem na St Croix, by mogli go kupić turyści.

 

 

Na zakończenie wycieczki po destylarni zaprowadzili nas do baru na wliczoną w cenę biletu degustację. Tu także można było kupić różne gatunki rumu. 8 dolarów za litrową butelkę to bardzo dobra cena - nawet w wolnocłowych sklepach Karaibów za litr rumu trzeba zapłacić około 12 dolarów...

 

 

 

Z destylarni rumu autostopem przejechałem kilka kilometrów w kierunku Frederiksted - zatrzymując sie tam, gdzie tuż przy głównej szosie w dawnych zabudowaniach plantacji utworzono muzeum na świeżym powietrzu... 

 

Muzealne obiekty rozrzucone są w rozległym parku. W dawnym domu właścicieli plantacji jest dziś muzeum wnętrz. Jeśli chce się je obejrzeć, trzeba zapłacić 10 dolarów. Ale obiekty rozrzucone w parku można oglądać i fotografować bez opłaty. 

 

 

Wszystkie te obiekty są autentyczne i kiedyś tu funkcjonowały. Są zatem wysokie kominy dawnej rafinerii cukru trzcinowego... 

 

 

   

Takie prasy do wyciskania soku z łodyg napędzane były parową maszyną. To był juz postęp w stosunku do starszych urządzeń napędzanych kieratem, w którym chodziły osły, konie i muły... Taki kierat (horse mill) tez można tam obejrzeć...

 

 

Do napędzania pras wykorzystywano także siłę wiatru. Na kolejnym zdjęciu (poniżej) widać zrekonstruowany wiatrak napędzający prasę:

 

 

   

 

W procesie produkcji cukru wytłoczony z łodyg sok zagęszczano w wielkich żeliwnych kotłach, pod którymi płonął ogień - w ten sposób pozbywano się wysuszonych trzcinowych łodyg wychodzących z prasy. 

Gęstniejący syrop przelewano do kolejnych kotłów. Z ostatniego wydobywano cukrowa masę:

 

 

   

Na plantacjach pracowali czarni niewolnicy, ale niewolnictwo zniesiono na początku XIX wieku. Cukrowy boom skończył się definitywnie po okresie napoleońskich wojen w Europie. Na St Croix pozostały malownicze wieże wiatraków. Na wyspie dziś zbiera się jedynie śladowe ilości trzciny cukrowej.

 

 

 

Z czego zatem żyje dziś St Croix?  Głównie z rafinacji ropy naftowej - na południowym wybrzeżu, w pobliżu lotniska zbudowano rafinerię - na szczęście dostatecznie daleko od turystycznych atrakcji, by rzucała się w oczy i psuła krajobraz.

 

   

Pod wieczór, po dniu pełnym wrażeń wróciłem do Frederiksted. Tak wyglądał mój statek gdy fotografowałem go z zadbanego, acz krótkiego nadmorskiego bulwaru:

     

 

My hot news from this expedition (in English) you can read in my travel log:  www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

O zachodzie słońca rzuciliśmy cumy. Byłem zmęczony całodzienną wędrówką w upale, ale szczęśliwy, że  poznałem jeszcze jedną ciekawą wyspę. O wielu innych możecie poczytać na  stronach mojego serwisu:

   

 

To my page about the islands of the world

 

 

Przejście do moje strony o wyspach świata

 

 

Back  to  main  travel page                                                         Przejście do strony "Moje podróże"                                          

Back to the main directory                                                          Powrót do głównego katalogu