Wyprawa na wyspy Oceanu Indyjskiego - 2010 - Indian Ocean Expedition

Part one   -   Część I

Tekst i zdjęcia - Wojciech Dąbrowski © - text and photos


In November 2010 I departed for a new, long distance journey. It was the voyage to the islands of the Indian Ocean. The most important part of this journey was almost the month long sea voyage aboard French expedition ship "Marion Dufresne" from Reunion to the subantarctic waters - to see rarely  visited, pristine French islands. I did not hear about the Poles who visited this region. At the departure it was for me like the enigma. I was qualified for this expedition on the special conditions - the organizers took into account my traveler' and journalist' output. At the beginning I was flying via Paris to Reunion island on the award ticket from Air France.

You can find hot news from this journey in my travel log .

 

W listopadzie 2010 roku wyruszyłem w nową, daleką i niezwykłą podróż. Tym razem trasa prowadziła na wyspy Oceanu Indyjskiego. Najważniejszym fragmentem tej wyprawy miał być trwający prawie miesiąc okrężny rejs francuskim statkiem ekspedycyjnym "Marion Dufresne II" z Reunionu na wody subantarktyczne - do rzadko odwiedzanych francuskich wysp o dziewiczej przyrodzie. Nie słyszałem dotąd o Polakach, którzy dotarli w ten rejon - gdy wyruszałem pozostawał on dla mnie kolejnym wielkim i bardzo pociągającym "nieznanym"

 

 

 Zostałem zakwalifikowany na tą ekspedycję na specjalnych warunkach - organizatorzy uwzględnili mój podróżniczy i dziennikarski dorobek (również dlatego warto pisać do gazet!). Na początku, wykorzystując przysługujący mi bilet za mile wylatane z Air France i partnerami poleciałem przez Paryż na francuską wyspę Reunion położoną już po tamtej stronie równika. Z Paryża 12 godzin lotu! Tam czekał na mnie statek "Marion Dufresne", którym miałem popłynąć na dalekie południe. W swoją stałą trasę "Marion" wyrusza tylko cztery razy w roku: w marcu, sierpniu, listopadzie i grudniu. Każda z tych podróży trwa około 26 dni.

Popłynęliśmy. Krótkie wiadomości z trasy tej podróży  robione "na gorąco" jak zwykle można przeczytać w moim dzienniku podróży.

Popatrzcie na mapę - trasa samej morskiej podróży miała około 8000 kilometrów...

"Marion Dufresne II" - our ship

 

"Marion Dufresne" jest jednostką specjalnie zbudowaną dla zaopatrywania francuskich stacji badawczych. Jego kabiny mieszczą personel kolejnej zmiany naukowców i techników dla stacji badawczych. W ładowniach musi się pomieścić zaopatrzenie dla stacji. Na rufie ma lądowisko dla małego helikoptera. W każdą podróż statek zabiera nieliczną grupę turystów. Zaraz na początku spotkało mnie zaskoczenie: w 15-osobowej grupie turystów na pokładzie statku byłem jedynym nie-Francuzem! 

Znajomość angielskiego wśród załogi była kiepska wobec tego musiałem przypomnieć sobie mój dawno nie ćwiczony język francuski. Łatwo było rozmawiać o sprawach codziennych, gorzej było z wykładami po francusku czy niezbyt wyraźnymi komunikatami, które kilka razy dziennie płynęły z głośników...

Dzieliłem kabinę z bardzo sympatycznym Gerardem, który starał się  tłumaczyć mi niezrozumiałe kwestie, a nawet próbował rozmawiać ze mną po angielsku, co czasem prowadziło do zabawnych sytuacji. Na przykład pewnego ranka po przebudzeniu grzecznie zapytał mnie: -May i go first to the swimming pool?  (Nie, na naszym statku nie było basenu, a jemu chodziło oczywiście o łazienkę).

     

   

Zachody słońca w tropiku są niepowtarzalne...

Tylko przez dwa pierwsze dni żeglowaliśmy w tropiku, potem było coraz zimniej i zimniej. Również w naszej kabinie, bo ogrzewanie nie działało. Reklamowałem ta sytuację u szefa ekspedycji, głównego mechanika i statkowego lekarza - jedynym rezultatem był przydział dodatkowego koca. To zdecydowanie nie jest wycieczkowy statek! 

Ocean wokół był coraz bardziej wzburzony - weszliśmy w obszar "ryczących czterdziestek" (od równoleżnika 40 stopni). Ja nie cierpię na chorobę morską, ale nie wszyscy na pokładzie dobrze znosili coraz większe kołysanie. Jedyny statek na trasie minęliśmy drugiego dnia rejsu - pytali nas przez radio, czy muszą się obawiać gór lodowych...

 

 

Zgodnie z przepisami juz drugiego dnia żeglugi urządzono nam alarm szalupowy. A że płynęliśmy pod Antarktydę, to zamiast zwykłych kamizelek ratunkowych każdy musiał taszczyć na pokład ze swojej kabiny specjalny, wielki pojemnik (zdjęcie obok) z termoizolacyjnym kombinezonem, który należało ubrać w przypadku konieczności opuszczenia statku. Pokazywali - a jakże - jak to ubierać. Jest to tak skomplikowany proces, że w razie rzeczywistej konieczności zanim wszyscy by toto ubrali to statek pewnie by już zatonął... Na szczęście nasza nieco pordzewiała łajba wróciła szczęśliwie do portu.

 

 

 

 

 

Sailing "the roaring forties"

Misty Possession Island - Cap Vertical

 

Po pięciu dniach żeglugi zobaczyliśmy w końcu zamglony i niegościnny ląd. Była to Possession Island - największa wyspa Archipelagu Crozeta. Bo plamka z napisem "Crozet" na mapie świata to nie jedna wyspa, ale cały archipelag, rozciągnięty na ponad 100 kilometrów. Widać go na mapce poniżej. Najbardziej malownicze w tej grupie są Wyspy Apostołów (Apotres) - niezwykłe iglice skalne wyrastające z morza. Ale widziałem je jedynie na filmie. I tu pora  wyjaśnić coś, co dopiero tutaj, na statku zrozumiałem: "Marion Dufresne" nie ma nic wspólnego ze statkami pływającymi z turystami na Antarktydę czy na Grenlandię. Na tamtych priorytetem jest turystyczny program, one na pewno by popłynęły do Apostołów. "Marion" zaś przede wszystkim obsługuje bazy i naukowców, a garstkę turystów - tylko przy okazji i w miarę wolnego czasu...

Crozet Archipelago

 

 

 

 

 

 

 

Do Possession Island dotarliśmy z kierunku północnego. Ale nie popłynęliśmy wcale prosto do bazy Alfred Faure, ale najpierw dryfowaliśmy na zachód od Cap Vertical, podczas gdy helikopter przerzucał na ląd kilku ludzi i ekwipunek. 

 

Pogoda była nieciekawa, silnie wiało i od czasu do czasu zacinał deszcz. Pamiętam, że ręce grabiały mi na kamerze. Wykorzystałem czas na fotografowanie charakterystycznych fragmentów wybrzeża wyspy: na zdjęciu po prawej samotna skała z otworem nazwana przez Francuzów Roche Percee...

 

The Monks rocks

  Widoczny był także zachodni przylądek wyspy. Ten rząd skał to Des Moines czyli Mnisi - rzeczywiście można dopatrzyć w tej formie podobieństwa do rzędu mnisich kapturów...

Prace transportowe zostały zakończone dopiero po dwóch godzinach i dopiero wtedy popłynęliśmy wzdłuż północnego wybrzeża wyspy do bazy założonej w zatoce na jej wschodnim krańcu.

Jak widać na mapce obok, na górzystej Possession Island nie ma żadnych dróg. W interiorze nie ma też żadnych ścieżek. W celu umożliwienia prowadzenia okresowych badań w różnych częściach wybrzeża zbudowano małe schrony-szałasy. Dostarczyć do nich paliwo, sprzęt i prowiant można tylko helikopterem - w momencie, gdy przybywa statek. Ludzie bez większego obciążenia mogą to schronu pieszo przez góry, ale jest to długi i forsowny marsz. Baza nie dysponuje żadnymi jednostkami pływającymi, ani latającymi...

 

 

   

 

Wysokie, w większości klifowe wybrzeże wyspy może być atrakcyjnym tematem dla zdjęć. W wielu miejscach opadają z niego większe i mniejsze wodospady. Trzeba tylko trafić na odpowiednią pogodę, a ta jest tutaj bardzo zmienna...

     
 

Alfred Faure Base - 140 m up on the eastern coast:

  Gdy okrążyliśmy wyspę, ku naszej radości pokazało się słońce. W Zatoce Marin wysoko, na niewielkim płaskowyżu zobaczyłem zabudowana stacji badawczej:

     
 

 

A big king penguin colony - right near the base:

 

Nieco na prawo od stacji, w głębi zatoki zauważyłem niewielki pomost, i jakieś baraczki otoczone przez tysiące białych i brązowych punkcików. Te punkciki to były królewskie pingwiny, które na swoją wielką kolonię - Grande Manchoterie wybrały sobie jedyne miejsce odpowiednie dla wyładowywania ciężkiego sprzętu przeznaczonego dla bazy.  Niezbyt to ładnie wygląda, ale najwyraźniej żadna ze stron nie chce ustąpić. Pingwiny zdają się mówić: -Myśmy byli tu pierwsi!

     
     

 

Rzuciliśmy kotwicę. Wkrótce potem już pakowali nas po 5 osób do naszego małego helikoptera i polecieliśmy na ląd - wprost do bazy.

To było dla mnie kolejne zaskoczenie. Podczas moich poprzednich ekspedycji na Antarktydę wszystkie lądowania odbywały się przy wykorzystaniu całej flotylli gumowych łodzi - tzw. zodiaków. Francuzi prawie wcale ich nie używają - doszli do wniosku, że helikopter jest szybszy i bezpieczniejszy. Oczywiście pod warunkiem, że na statku jest odpowiednie lądowisko dla helikoptera...

Bazę zaczęto budować dopiero w 1960 roku. Przedtem archipelag był całkowicie bezludny. Tylko od czasu do czasu pojawiały się tu statki badawcze i przypadkiem - rozbitkowie ze statków. Nie wszyscy doczekali się pomocy. Baza Alfred Faure otwarta jest przez okrągły rok. Latem mieszka w niej około 40 pracowników. Na ciemną i chłodną zimę zostaje tylko około dwudziestu.

 

Lądowaliśmy na tzw. DZ (dropping zone) - na płaskowyżu, tuż obok budynków bazy:    

     

Stołówka bazy jest jednocześnie miejscem, gdzie przyjmuje się gości. Na nas też czekało miłe przyjęcie. Była nawet pizza i francuskie wino z kartonów!: 

 

     

 

Podejmowała nas Marianne Pussiau, piastująca godność "Le Chef de District". To ona w czasie obecnej zmiany rządzi na Crozecie. Chętnie pozowała ze mną do zdjęcia przed swoją rezydencją ("La Residence" to tutaj jednocześnie siedziba władzy), a ja aby docenić jej życzliwość ogłosiłem ja potem publicznie księżną na Crozecie (The Princess of Crozet). Wszyscy się śmieliśmy! -But where is your prince? - podsumowałem na pożegnanie...  Domyślacie się jaka była odpowiedź?... :)

 

 

-Macie i tak szczęście do pogody!- oświadczyła gdy narzekaliśmy na wiatr i chłód. -Na Crozecie mamy w roku aż 300 deszczowych dni!

 

Przed stołówką ustawiono drogowskazy pokazujące odległość do tych miejsc na globie, z których pochodzili pracujący tu naukowcy i technicy. Strzałka do Paryża pokazywała 13000 km.

Ten skromny biały budyneczek stojący w odosobnieniu to maleńka kaplica Notre Dame des Oiseaux - Matki Bożej Patronki Ptaków. Dlaczego tak nazwano kaplicę? Bo Archipelag Crozeta jest podobno największym na świecie rezerwatem ptaków - ich ilość szacuje się na 25 milionów.

 

Pingwin to po francusku "le manchot". Po południu zeszliśmy krótkim odcinkiem terenowej drogi do Grande Manchoterie przy pomoście, czyli na Wielkie Pingwinisko. Tam w dole czekały na nas królewskie pingwiny, które spotkałem już wiele lat wcześniej na Południowej Georgii. Mimo to widok robił wrażenie - były ich tysiące: 

     

Dopiero na tym zdjęciu poniżej można ocenić tłok panujący na plaży i w niewielkiej dolince, szczelnie wypełnionej dostojnymi ptakami. Te brązowe, pokryte grubym puchem wykluły się najpóźniej i czekają na opierzenie. Za kilka tygodni będą zapewne wyglądać tak, jak ich nieco starsi pobratymcy...  

 

     

Na zbliżeniu widać, że te nieopierzone pingwiny wyglądają jak brzydkie kaczątka...  Wszystkie te młode ptaki urodziły się ubiegłego lata i stoją tu miesiącami zdane na łaskę rodziców, którzy żerują w oceanie i od czasu do czasu przynoszą swoim młodym pokarm. Dopiero po 14-16 miesiącach od wyklucia mają na tyle wykształconą warstwę piór, że mogą iść do lodowatej wody, by pływać i samodzielnie żerować.

 

     

Ciekawostką jest, że na podstawie wzrostu lub ubarwienia nie da się w przypadku tych pingwinów odróżnić samca od samicy... Niektórzy uczeni twierdzą, że samce z natury są nieco większe. Pingwin królewski to drugi po pingwinie cesarskim największy gatunek. Wzrost "królewskich" dochodzi do 90 cm, a waga do 15 kg...

 

On woła mamę:

Samica tego gatunku znosi tylko jedno jajo, które na zmianę ze swoim małżonkiem wysiaduje przez blisko 2 miesiące. Ale nie w gnieździe ("królewskie" nie budują gniazd) ale trzymając je na stopach i przykrywając swoim futrem.

Po wykluciu pisklęcia rodzice nie opuszczają go jeszcze przez ponad miesiąc... Potem zostaje samo. Podobno pisklę stojąc tak na plaży może bez karmienia przetrwać nawet 5 miesięcy - w końcu mama i tata wrócą i rozpoznają je po niepowtarzalnym podobno krzyku... A jeśli nie?

 

King penguin colony - right near the base on Crozet' Possession Island

 

 

     

Jeśli rodzice nie wrócą z pokarmem, to słabnące pisklę wydane jest na pastwę drapieżnych ptaków, takich jak skua (ta para po lewej) czy petrel olbrzymi. Ale i mniejsze ptaki też nie gardzą padliną, by przetrwać. Takie są niestety prawa tutejszej przyrody:

 

     
     
Wracając do przyjemniejszych tematów to przyznam się wam, że trudno było oprzeć się pokusie zrobienia takiego "klasycznego" ujęcia, przedstawiającego pingwiny i nasz statek:
     
     

 

 

 

Gdy wracaliśmy do bazy, wspinając się pracowicie na 140-metrowy płaskowyż udało mi się zrobić zdjęcie takiej brzydkiej skuy kąpiącej się w wodnym oczku.

 

 

W bazie nie omieszkałem odwiedzić urząd pocztowy, gdzie sprzedają nie tylko widokówki i znaczki, ale można stemplować koperty, notatniki (i co tam jeszcze podróżnik wiezie...) okolicznościowymi datownikami:

Bathing skua bird

 

Te piękne i poszukiwane znaczki wydaje TAAF (Terres Australes et Antarctiques Francaises) - agencja rządu francuskiego administrująca francuskimi Wyspami Południowymi i strefą francuską na Antarktydzie (Ziemia Adeli). Siedziba agencji znajduje się w niepozornym domu w Saint Pierre na Reunionie. Aż 6 procent budżetu tej agencji pochodzi z edycji znaczków, datowników itp - dla potrzeb filatelistyki.

 

 

In the Alfred Faure Base you will find the post office and little shop with wines and souvenirs. Payment in cash euro only! Credit cards are not accepted. Also aboard of the ship. 

 

 

Na terenie bazy znaleźliśmy także "boutique" czyli sklepik. Można tam było zaopatrzyć się we francuskie wino (fotka obok) i koszulki z pingwinami (zdjęcie poniżej). Ceny nie odbiegają od europejskich, ale wybór towaru jest bardzo skromny. W dodatku praktycznie można tu płacić wyłącznie gotówką (euro). Ani na statku, ani w żadnej bazie nie są akceptowane karty płatnicze! 

 

 

 

Po zakupach helikopter przetransportował nas na statek, gdzie spędziliśmy noc... Kolejnego dnia obserwowaliśmy albatrosy i morskie słonie, ale o tym już na kolejnej stronie...

 

After shopping the helicopter took us back to the ship for the night. On the next day we had a chance to see albatrosses and elephant seals. You can read about that on the next page.

 

 

 

 

My hot news from this expedition (in English) you can read in my travel log:  www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

 

 

Notatki robione "na gorąco" na trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim  dzienniku podróży w serwisie Globosapiens.net

 

To the second part of the Crozet report  

Przejście do drugiej części relacji z Wysp Crozeta

 

 

 

 

 

Przejście do strony "Moje podróże"                                           Back  to  main  travel page 

Powrót do głównego katalogu                                                    Back to the main directory