Tekst i zdjęcia:  Wojciech Dąbrowski  © - text & photos

Część XVA relacji z podróży od krańca do krańca Afryki  - SOUTH  AFRICA -  Part fifteen "A"

 

 

 Ze stolicy Mozambiku jechałem bezpośrednim autobusem przez Królestwo Swazi (Suazi) do Durbanu w Republice Południowej Afryki.  Swaziland znałem z poprzednich podróży i nie widziałem potrzeby zatrzymywania się w tym miniaturowym królestwie. Również z tego względu, że (nie da się ukryć) coraz bardziej tęskniłem do Polski - od mojego wyjazdu z kraju minęły już prawie cztery miesiące!  Mam takie doświadczenia z moich najdłuższych podróży: przez pierwsze dwa miesiące poza Polską jest OK. Potem jednak, mimo internetowego kontaktu z bliskimi coraz częściej wspominam swoje miejsce na Ziemi i ludzi, którzy tam zostali. I wcale się tego nie wstydzę. Nie mam zamiaru pozować na twardziela - obywatela Świata... Jakakolwiek jest ta dzisiejsza Polska - ja jestem Polakiem...

To wciąż była Afryka, ale jakże inna od centralnej części kontynentu. Dobre drogi, wygodny i czysty autobus... Na placówce granicznej RPA w Golele nie trzeba wypełniać żadnych swistków: funkcjonariusz sam wklepuje dane do komputera i drukuje sticker wizowy z prawem pobytu 90 dni.

 

W Durbanie byliśmy o 15.00. Dworzec autobusowy przyklejony jest do kolejowego... Najpierw kupuje bilet na następny dzień do Port Elisabeth. Jest konkurencja: Greyhound kosztuje 340 randów, a Translux tylko 315. (1 USD to 6 randów). Wybieram ten tańszy i maszeruje do najbliższego guesthouse; znanego z poprzedniego pobytu Banana Backpackers na rogu Pine St. Single room kosztuje tu 80, dormitorium 60, depozyt za klucz 30... Recepcjonista Nick zakreśla na planie miasta dzielnice, które dla turysty są niebezpieczne nawet w biały dzień...

Idę do starego centrum jeszcze przed zachodem słońca sfotografować meczet...

Nieopodal jest nieco kiczowaty Victoria Street Market - duże centrum handlowe, gdzie można kupić względnie tanią żywność.

I stąd znów kilkadziesiąt metrów do wzniesionej z cegły katolickiej katedry Emmanuel. Wejście tylko ze strzeżonego podwórka...

Rankiem następnego dnia wyruszam autobusem widokową trasa wzdłuż wybrzeża na południe...

Z prawej towarzyszą nam ładne góry...

Przystajemy w nadmorskich miejscowościach o charakterze letniskowym.

 

Po całym dniu jazdy duże miasto Port Elisabeth. Już ciemno... Byłem tu kilka lat temu, więc nie będę zwiedzać - chcę tylko przenocować, bo 26 godzin jazdy z Durbanu do Kapsztadu jednym ciągiem to za dużo... Nocują w Prospect Hill Backpackers do którego idzie się w górę schodami od tego ładnego ratusza. Łóżko w dormitorium kosztuje 70 randów - ale ważniejsza jest bardzo miła starego domu o skrzypiących podłogach. 
O świcie ruszam autobusem dalej trasa widokową nazywana Garden Route. Przez Tisikama Forest - ładny obszar zalesionych gór...

Kanion rzeki Storm River...

Wreszcie George z ładnymi plażami u stóp gór... RPA jest dość dobrze opisana w internecie więc wybaczcie mi te skromne komentarze... Na moich stronach też znajdziecie co nieco o tym kraju:

http://www.kontynenty.net/6rtw.htm

 

Równolegle do szosy biegnie tu jednotorowa kolej, ale pociągi w RPA nie mają ani tej częstotliwości, ani tak niskiej ceny  biletów jak autobusy...  
 

Wreszcie - przed samym Cape Town duże obszary winnic w  dolinach u stóp malowniczych gór.

Jest wreszcie Kapsztad - wielka, nowoczesna metropolia...
.....choć w jej centrum można zobaczyć i takie obrazki. Ale to miejsce to ewenement. Kapsztad jest o wiele bardziej bezpieczny niż Johannesburg - w biały dzień na ulicy człowiek czuje się bezpiecznie.

Pieszo przeszedłem z plecakiem do hostelu Castle Street Backpackers - To ten czerwono malowany dom na rogu Castle i Long. Wejscie z waskiej uliczki. Biały gospodarz - sympatyczny Jeff oczywiscie ma dla mnie miejsce mimo braku rezerwacji - jest po sezonie... Łóżko w małej sypialni 75 randów i bardzo sympatyczny nastrój...
Słynna Góra Stołowa - Table Mountain tonęła w chmurach. Podczas poprzedniego pobytu miałem więcej szczęścia. Planowany wjazd na górę kolejką (można i pieszo!) nie ma sensu... Powrotny rejs kolejką linowa kosztuje 110 ZAR.

Jeff namówił mnie na kupno całodziennego biletu na czerwone doubledeckery, które pętlą kursują po mieście docierając do wszystkich turystycznych atrakcji. Bilet kosztuje 90 randów - można dowolnie przerywać i wznawiać podróż. Takim busem dotarłem do Camps Bay - szykownej dzielnicy u stóp łańcucha szczytów Dwunastu Apostołów...
... i do latarni morskiej na cyplu Green Point...

Pogoda niestety nie sprzyjała, było pochmurno, czasem popadywała mżawka - to była już połowa maja, czyli jesień na południowej półkuli. Smutno w takim oświetleniu prezentowały się wieżowce w centrum miasta...

 

 

 

 

 >>>>>Przejście do kolejnej części relacji  z do RPA  

Przejście do strony "Moje podróże"                                           Back  to  main  travel page 

Powrót do głównego katalogu                                                    Back to the main directory