News for my friends worldwide...

Wiadomości dla moich przyjaciół ...

    What's new ?

Co u mnie słychać?

 

 

 

This time New Year came to Gdansk without any snow. Nevertheless, the Old Town in Gdansk, illuminated by thousands of lights presented themselves beautifully:

On New Year's Eve first listened to exceptional concert of the Viennese music in our Philharmonic Hall, then I greeted the New Year with friends in a stylish club 'Zejman "on Granary Island, for years the well known meeting place for the sailors and travelers. My good friends: Ela and Jacek were also there (see picture on the right column).

At midnight we enjoyed great fireworks shot over Old Town and the Motława River . Of course there was obligatory champagne toast and wishes for all participants of the party - known and unknown ones. By the way, I met there some new, interesting people... And then there were dancing and singing in the atmospheric interior of the club.

May the coming New Year bring us many happy days!

 

Nowy Rok przyszedł tym razem do Gdańska bez odrobiny śniegu. Mimo to Stare Miasto w Gdańsku, iluminowane tysiącami świateł prezentowało się pięknie - popatrzcie na zdjęcie na sąsiedniej kolumnie!  W sylwestrowy wieczór najpierw słuchałem rewelacyjnego koncertu muzyki wiedeńskiej w gdańskiej filharmonii, a potem witałem Nowy Rok w gronie przyjaciół w stylowym klubie "Zejman" na Wyspie Spichrzów, gdzie od lat spotykają się żeglarze i podróżnicy. Pojawili się tam między innymi Ela i Jacek - moi wypróbowani przyjaciele: 

O północy nad Stare Miasto i Motławę wystrzeliły sztuczne ognie. Był obowiązkowy toast spełniany szampanem i życzenia dla wszystkich uczestników zabawy - znanych i nieznanych. Przy okazji poznałem kilka ciekawych osób... A potem były tańce i śpiewy w nastrojowych wnętrzach klubu.

Rok 2011 był dla mnie rokiem pięciu ciekawych podróży. Oby ten kolejny nie był gorszy! I oby Nowy Rok przyniósł nam wszystkim wiele szczęśliwych dni. Obyśmy przeżyli go w dobrym zdrowiu i oby udało się nam pomyślnie zrealizować wszystkie nasze plany! Dziękuję wszystkim, którzy nadesłali mi życzenia, ale także i tym, którzy życzliwie o mnie pomyśleli. Szczęśliwego Nowego Roku 2012!

I jeszcze kilka migawek oddających atmosferę tej nocy:

       

 

 

 

In December I returned from the another interesting voyage! You know how much I like the islands, particularly those ones in the warm climate zone. It was therefore travel to new, unknown islands. At the beginning I flew cheaply to Malaga, Spain. There, I boarded the ship, which with stops in Madeira and the Canary Islands sailed across the Atlantic to the Caribbean. Mountainous and picturesque Madeira Island was my first stop:

 

W grudniu wróciłem z kolejnej ciekawej podróży!  Wiecie jak bardzo lubię wyspy, szczególnie te, które położone są w strefie ciepłego klimatu. Była to zatem podróż do nowych, nieznanych wysp.  Na początek poleciałem tanio do hiszpańskiej Malagi. Tam wsiadłem na statek, który z postojami na Maderze i Wyspach Kanaryjskich popłynął przez Atlantyk na Karaiby. Pierwszy postój wypadł na malowniczej, górzystej Maderze:   

Then I visited Canary Islands. And for the first time I crossed Atlantic Ocean east to west.  But I was heading to the Caribbean where new islands were waiting to be discovered. One of them was St Croix. I had also time to learn more about Puerto Rico. At the eastern end of Puerto Rico there lie little known Spanish Virgin Islands, easy reachable by public ferries. They are famous of the great sandy beaches and underwater world. I visited two of them: Vieques and Culebra. On the next picture you can see the landscape of these islands from the plane:

 

Potem były Wyspy Kanaryjskie. I po raz pierwszy przepłynąłem statkiem Atlantyk ze wschodu na zachód. Ale zmierzałem przede wszystkim na Karaiby, gdzie czekały kolejne wyspy do odkrycia. Jedną z nich była wyspa St. Croix. Miałem też czas, by poznać bliżej Portoryko, na którym już kiedyś byłem. U  wschodniego wybrzeża Portoryko leżą mało znane Hiszpańskie Wyspy Dziewicze, do których tanio można dopłynąć promem. Słyną z pięknych plaż. Odwiedziłem dwie spośród nich: Vieques i Culebrę. Na kolejnym zdjęciu możecie zobaczyć jak wygląda krajobraz tych wysepek z lotu ptaka:

I was conscious that I will arrive to the Caribbean during the hurricane season which lasts from November to mid-December. But I was lucky to have only calm see on all my route. Thanks to those of you who kept the fingers crossed for me! :)

In the Caribbean there are also beautiful, mountainous islands without beaches. One of them is charming Saba:

On one of the rarely visited islands - St. Eustatius I met a outstanding American  globetrotter - David Baskin of San Francisco. (Picture on the right column) This is a man who has a similar  travel philosophy to my and saw a lot of the world. I hope he will join soon our  Seven Continents' Club.

From this voyage I brought hundreds of interesting pictures and couple hours of video recording. Soon I will publish the best of them on the new web page Transatlantica.  Hot news from the route you can read, as always in English in my travel log  in the globosapiens.net portal.

 

Zdawałem sobie sprawę z tego, że dotrę w region Karaibów w porze huraganów nawiedzających te ciepłe morza w listopadzie i na początku grudnia. Jednak moje morskie przygody skończyły się szczęśliwie. Dziękuję tym spośród Was, którzy trzymali za mnie kciuki! :)

Na Karaibach są też piękne górzyste wyspy bez plaż. Jedną z takich wysp jest urocza Saba (na zdjęciu obok). Na jednej z rzadko odwiedzanych wysp - St. Eustatius spotkałem wybitnego amerykańskiego globtrotera - Davida Baskina z San Francisco. To człowiek, który ma filozofię podróżowania podobną  do mojej i widział w świecie bardzo wiele. Mam nadzieje, że wkrótce wstąpi do naszego Klubu Siedmiu Kontynentów.

Z podróży przywiozłem setki ciekawych zdjęć i kilka godzin nagrań video. Pierwsze z nich umieszczę wkrótce na osobnej stronie: Transatlantica. A krótkie wiadomości z tej trasy możecie znaleźć jak zwykle w moim dzienniku podróży prowadzonym po angielsku w serwisie globosapiens.net .

 

     

After return from the Caribbean I went to my "Wojtkówka" As you can see in the picture on the right column, there is still no trace of snow. But Wojtkówka is doing well. A young cat Maciek welcomed me there. He hunts for the mouse there and is very happy that the frost had not yet arrived.

In the basement of Wojtkówka I store apples harvested this year. Another portion of them I took my grandchildren. I have still little works to do there,  and if winter will not be severe, I will look there again, because I enjoy working outdoors.

 

 

Po powrocie z podróży pospieszyłem do mojej  "Wojtkówki". Jak widzicie na zdjęciu poniżej nie ma tam jeszcze ani odrobiny śniegu. Ale Wojtkówka ma się dobrze. Powitał mnie młody kot Maciek, który łowi tam myszy i cieszy się, że mrozy jeszcze nie nadeszły (na zdjęciu obok).

W piwnicy dobrze przechowują się zebrane w tym roku jabłka. Kolejną ich porcje zaniosłem moim wnukom. Wciąż mam tam jeszcze różne robótki czekające na wykonanie i jeśli zima nie będzie sroga, to będę tam jeszcze zaglądać, bo bardzo lubię pracować na świeżym powietrzu.

In October I returned from the short, but very interesting journey to Greece. Have you heard about the Republic of the Monks? There is something like this - a dependent territory of Greece. But it is governed by their own laws. They do not tolerate the presence of women and require men to apply for a special entry permit several months in advance. With the help of famous Greek traveler Harry Mitsidis I was able to obtain such a permit. I flew with my backpack to Thessaloniki, then I took a bus to Ouranoupolis - little town at the border of the Monk's Republic. Two days later I was already walking from monastery to monastery.  

It was a journey through the spectacular countryside and at the same time an opportunity to meet Orthodox monks from Mt Athos who for centuries offer to pilgrims a free hospitality in their monasteries. Of the twenty monasteries wanted to visit the most interesting ones.

I hoped that my fitness and the weather will be good enough to meet the challenge... It was!  And I managed to implement my plan in full. On the separate page: ATHOS you can see the huge amount of pictures from this trip to the Middle Ages. And here is just a sample:

 

W październiku wróciłem z krótkiej, ale bardzo ciekawej podróży do Republiki Mnichów. Czy słyszeliście o Republice Mnichów? Jest takie terytorium - zależne od Grecji, ale rządzące się swoimi własnymi prawami. Nie tolerują one obecności kobiet, a od mężczyzn wymagają specjalnego zezwolenia na wjazd, o które trzeba ubiegać się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Dzięki pomocy znanego greckiego podróżnika Harry'ego Mitsidisa udało mi się uzyskać takie zezwolenie. Upoważnia ono do czterodniowego zaledwie pobytu w Republice Athos. Ale i tak należy to traktować jako przywilej, bo mnisi dziennie wpuszczają do siebie tylko 120 ortodoksyjnych pielgrzymów i 10 cudzoziemców. Ja miałem szczęście być jednym z tej dziesiątki. Poleciałem z plecakiem do Salonik, by następnie wędrować przez kilka dni od klasztoru do klasztoru.

Była to wędrówka wśród wspaniałych krajobrazów i jednocześnie okazja do spotkań z brodatymi ortodoksyjnymi mnichami, którzy od wieków oferują pielgrzymom bezpłatną gościnę w swoich klasztorach. Spośród dwudziestu klasztorów chciałem odwiedzić te najciekawsze. Każdą kolejną noc spędzałem w innym klasztorze. Ich architektura przypomina europejskie zamki:

Wyprawa się udała. Wbrew obawom dopisały mi i kondycja i pogoda. Zrealizowałem w całości swój plan. Była to niezwykła podróż do krainy, gdzie na każdym niemal kroku średniowiecze miesza się z wiekiem XXI... Gdzie brodaci mnisi mieszkający w celach oświetlanych naftową lampą używają telefonów komórkowych... Obszerną relację z tej podróży możecie już zobaczyć na osobnej stronie ATHOS. A tutaj niewielka próbka tego, co tam zamieściłem:  

In September 2011 I returned from the solo expedition to Russia - a country whose tourist value are still little appreciated. The route I took can be described as "two in one": first I went to the little-known Russian Altai Mountains, and then - via Moscow, by low cost flight, crossing The Arctic Circle  - to Murmansk.

Altai is a land of the magnificent and unspoilt nature. I found there a snow-capped peaks with a height of more than four thousand meters. I have been there after the end of tourist season, which allowed me to contemplate in the peace and silence the magnificent mountain panorama:

 

 

We wrześniu tego roku wróciłem z samotnej wyprawy do Rosji - kraju, którego turystyczne walory wciąż nie są doceniane. Trasę, którą pokonałem można określić jako "dwa w jednym": najpierw udałem się w mało znane góry Rosyjskiego Ałtaju, a następnie - wracając przez Moskwę  -poleciałem tanią linią za krąg polarny - do Murmańska.

Ałtaj to kraina wspaniałej i nieskażonej przyrody. Zobaczyłem tam ośnieżone szczyty o wysokości przekraczającej cztery tysiące metrów. Znalazłem się tam już po zakończeniu turystycznego sezonu, co pozwoliło mi w ciszy i spokoju kontemplować wspaniałe górskie panoramy:

 

I drove more than a hundred miles along the picturesque mountain river Katun (see picture below). Russian M52 highway led me almost to the Mongolian border. The last major Russian town - Kosh Agach is known that as the driest place in the entire Russian Federation. Until recently,  houses were built there without roofs slope, because the rain never fell there.

 

Jechałem kilkaset kilometrów wzdłuż malowniczej górskiej rzeki Katuń (zdjęcie poniżej). Rosyjska szosa M52 doprowadziła mnie niemal do samej mongolskiej granicy. Ostatnie większe rosyjskie miasteczko - Kosz Agacz słynie z tego, że jest to najbardziej suche miejsce w całej Federacji Rosyjskiej. Do niedawna budowano tam dachy bez spadu, bo deszcz tam nigdy nie padał.

 

 

 

 

 

 

Z Ałtaju poleciałem do Moskwy, gdzie krzyżują się niemal wszystkie komunikacyjne szlaki Rosji. Spotkałem tam innego polskiego podróżnika-pasjonata: pana Łukasza, który śledził w internecie moją marszrutę i zaprosił mnie e-mailem do swojego moskiewskiego domu. Miałem też czas by przypomnieć sobie stare moskiewskie kąty. Zajrzałem m.in. na Stary Arbat do mojego ulubieńca, Bułata Okudżawy:

 

 

From Altai Mountains I flew to Moscow, the crosspoint of  almost all transport routes of Russia. There I met another Polish traveler-enthusiast: Mr. Luke, who has followed my itinerary on the internet and invited me via e-mail to visit his Moscow home. I also had time to recall the my old Moscow sites. I looked among the others on Old Arbat to my favorite, Bulat Okudzhava (photo on the right column).

 

In the middle of the night, low-cost airline (yes, these are already in Russia) took me to the north across the Arctic Circle to Murmansk. I could look  there (unfortunately only from the outside) at the very first nuclear icebreaker  "Lenin", known to me only from the textbooks (see photo on the right column).

 

W środku nocy tania linia (są już takie w Rosji) zabrała mnie na północ - do Murmańska za kręgiem polarnym. Mogłem tam przyjrzeć się (niestety tylko z zewnątrz) zacumowanemu w porcie pierwszemu atomowemu lodołamaczowi "Lenin", o którym kiedyś czytałem na lekcjach z podręcznika języka rosyjskiego. To była duma radzieckiej floty:

 

 

After that I moved by train south - to Karelia, with the intention of getting to the infamous Islands Solovetsky in the White Sea. I catch the last regular boat of the season to get there. On the main island I visited the Solovki Monastery (photo below - in the background) and the gulag museum.

 

 

W Murmańsku wsiadłem w rosyjski pociąg, kierując się na południe - do Karelii, gdzie na początek udało mi się ostatnim regularnym statkiem w tegorocznym sezonie dotrzeć na niesławne Wyspy Sołowieckie na Morzu Białym (zdjęcie obok). Pogoda niestety nie sprzyjała dłuższemu pobytowi i pieszym wędrówkom: jak to na Morzu Białym - było zimno, wietrznie i co chwilę popadywał deszcz. Zwiedziłem tam klasztor i muzeum gułagów.

Then another train took me to Petrozavodsk on Lake Onega. From this city hydrofoils take the tourists to the most famous of the 1600 islands of the lake - The Kizhi island. Open-air museum of wooden architecture, which is located there includes two unique orthodox churches, placed on UNESCO's World Heritage list.

 

Potem kolejny pociąg zabrał mnie do Pietrozawodska nad Jeziorem Onega. Stąd wodoloty wożą turystów na najbardziej znaną spośród 1600 wysepek tego jeziora - wyspę Kiżi. Skansen drewnianego budownictwa, który się tam znajduje obejmuje między innymi dwa unikalne sobory, umieszczone na liście World Heritage UNESCO:

 

 

The road from Petrozavodsk to Sortavala at the Finnish border is still under construction so my journey by bus on this route took nearly 6 hours. Then I finally saw the largest lake in Europe, Lake Ladoga. On the lake there are rocky islets. On one of them works old Valaam monastery. Hydrofoil sails there from Sortavala with the Orthodox pilgrims. I was sailing with them - to admire the newly renovated upper church of the monastery:

 

Droga z Pietrozawodska do Sortavala przy fińskiej granicy jest w przebudowie, toteż moja podróż autobusem na tej trasie trwała prawie 6 godzin. Potem zobaczyłem wreszcie największe jezioro Europy: Jezioro Ładoga. Na jeziorze są skaliste wysepki. Na jednej z nich funkcjonuje stary klasztor Valaam. Dopłynąłem tam wodolotem z prawosławnymi pielgrzymami, by zachwycić się świeżo odrestaurowanym górnym kościołem tego słynnego klasztoru:

 

The last city on the trail on my Russian journey was well-known to me  from the previous voyages St. Petersburg. I had enough time to walk along the canals of this "Venice of the North" before the morning flight via Riga to Gdansk. More pictures from this journey you will find on my new web page Altai-Karelia. You are welcome to jump there!

 

Ostatnim miastem na szlaku mojej rosyjskiej wyprawy był znany mi dobrze Sankt Petersburg. Miałem dość czasu, by pospacerować nad kanałami tej "Wenecji Północy" zanim kolejnego poranka odleciałem przez Rygę do Gdańska.

Więcej zdjęć z tej podróży znajdziecie już teraz na osobnej stronie Ałtaj - Karelia. Zapraszam!   

 

     

I had a great pleasure to meet in Gdansk Marina the outstanding Polish sailor - captain Jerzy Wąsowicz.
Years ago he converted old fishing boat to the oceanic sailboat "Antica". Then it took him 6 years to sail around the globe. But this voyage was only a little part of his adventures. Great man! We were talking aboard "Antica" about the distant places we visited like Cocos Island or Rodrigues. Jerzy offered me his two books with a special, warm dedication.


I hope to meet him again after his next voyage and to offer him my book...

 

W kończącym sie sezonie odwiedziłem gdańską marinę jachtową. Miałem tam okazję poznać jednego z najsłynniejszych polskich żeglarzy - kapitana Jerzego Wąsowicza. To niezwykły człowiek - najpierw przez kilka lat przebudowywał stary kuter na oceaniczny jacht "Antica", a potem wyruszył w sześcioletnią podróż dookoła świata, odwiedzając wiele fascynujących zakątków globu. Wiele z tych miejsc pamiętam dobrze z moich wędrówek wiec było to ciekawe spotkanie i ciekawa rozmowa. Jurek napisał o swoich rejsach dwie książki, które otrzymałem od niego w prezencie. Teraz czekam na jego powrót z rejsu, by się zrewanżować...

 

     

At the beginning of April happy and satisfied I came back  from the Black Africa! It was another exotic and adventurous solo travel to new and interesting places. Traveling overland on the red African roads I reached  Juba - the capital of a new country - South Sudan. I met many interesting people living in this inaccessible until recently corner of Africa. I was watching their difficult life and the local exotic wildlife. In Uganda, I saw a nice new places where I could not see during my first stay in this country in 2005. I managed to return before the rainy season, which usually starts in April. Thank you for keeping your fingers crossed. It works!  :)

 

Na początku kwietnia wróciłem szczęśliwy i zadowolony z Czarnej Afryki!  To była kolejna egzotyczna i pełna przygód samotna podróż do nowych, ciekawych miejsc. Dotarłem drogą lądową, czerwonymi afrykańskimi drogami do Juby - stolicy nowego państwa - Południowego Sudanu. Spotkałem wielu ciekawych ludzi żyjących w tym niedostępnym do niedawna zakątku Afryki. Podglądałem ich niełatwe życie i tamtejszą egzotyczną przyrodę. W sympatycznej Ugandzie oglądałem nowe miejsca, których  nie zdążyłem obejrzeć podczas mojego pierwszego pobytu w tym kraju w 2005 roku. I zdążyłem wrócić przed porą deszczową, która zwykle zaczyna się w kwietniu...

 

 

 

 

W Ugandzie, wędrując pieszo przez maleńkie wioski w których ludzie wciąż mieszkają w tradycyjnych chatach krytych strzechą dotarłem do wielu zakątków o niepowtarzalnej urodzie - miałem na przykład okazję podziwiać nieznane mi wcześniej wodospady Sipi (na zdjęciu po lewej).

 

 

In Uganda, wandering on foot through the tiny village where people still live in traditional thatched huts came to many places of unique beauty - for example, I had a chance to see me previously unknown Sipi Waterfalls  (pictured at left).

Okazało się, że poruszanie się po Południowym Sudanie jest bardzo utrudnione ze względu na brak publicznego transportu, fatalny stan dróg, wybuchające walki plemienne i istniejące wciąż pola minowe. Ale nawet podróżując tą jedyną bezpieczna drogą od granicy do Juby można przekonać się jak wygląda ta część Afryki - przejeżdżałem przez wiele takich wiosek, jak ta na zdjęciu obok...

It turned out that moving around South Sudan is very difficult because of the lack of public transport, the terrible condition of roads, tribal fighting and still existing landmine fields. But even when traveling the only safe route from the border to Juba, you can see how this part of Africa looks like  - I went through many of such a villages ...

 

 

 

Podczas tej podróży po raz kolejny stanąłem na równiku (zdjęcie obok). W Ugandzie nie ma wprawdzie takiego monumentalnego pomnika jak w Ekwadorze, ale za to ten skromny znak stoi w zupełnym pustkowiu, byłem tam zupełnie sam, bez tłumu turystów - a odjechałem stamtąd autostopem...

 

During that voyage once again I stood on the equator (photo on the left column). In Uganda on the equator, there is no such a monumental statue like in Ecuador, but it is this humble marker stands in stark wilderness, I was there all alone, without the crowds - and I departed from there by hitch...

 

In the Queen Elizabeth National Park in western Uganda, I saw African animals, among which I liked most  the graceful Ugandan kob antelope:

 

W Parku Narodowym Królowej Elżbiety w Zachodniej Ugandzie oglądałem afrykańskie zwierzęta, wśród których najbardziej podobały mi się wdzięczne ugandyjskie antylopy kob:

 The initial set of the pictures from this interesting African journey you can see already on the separate page: Uganda & SSudan.

 

 Pierwsze zdjęcia z tej afrykańskiej podróży możecie już ogladać na osobnej stronie: Uganda & SSudan.

 

 

At the beginning of March I returned from two-week journey to the Azores Islands, located in the middle of the Atlantic Ocean. Despite the very changeable, windy weather I managed to visit five of the nine islands of the archipelago. I was not lucky to climb the highest peak of the Azores and Portugal - Mt Pico due to the flights cancelled for 3 days. I saw Pico only from the passing airplane. Don't you think that such a view is even more interesting?  Have a look, please:

 

 

 

Na początku marca wróciłem z dwutygodniowej podróży przez nieznane mi jeszcze Wyspy Azorskie, położone na środku Atlantyku. Mimo bardzo kapryśnej, wietrznej pogody udało mi się odwiedzić pięć spośród dziewięciu wysp archipelagu. Nie udało mi się niestety, ze względu na odwołane przez 3 dni loty wspiąć się na wygasły wulkan Pico - najwyższy szczyt Azorów i całej Portugalii. Mogłem na niego popatrzeć tylko z lecącego samolotu. Ale może właśnie taki widok jest ciekawszy?  Popatrzcie:

I found on the Azores many places of the unspoiled nature. There are high cliffs, great waterfalls and nice walking trails. In addition it was low season so I saw very few other tourists and enjoyed the low cost of the transport and accommodation.

 

Na Azorach znalazłem nieskażoną przyrodę: wysokie klify, wspaniałe wodospady i ciekawe szlaki turystyczne. W dodatku był to okres przed sezonem turystycznym, więc nigdzie nie było tłumu turystów, a niskie ceny zakwaterowania pozwoliły mi ograniczyć wydatki.  

 

Dla mnie, miłośnika wodospadów takie widoki jak powyżej były nie lada gratką...

But on the Azores you will find also many interesting complexes of the old architecture including churches, convents, residences. One of such a old cities: Angra de Heroismo on Terceira Island was qualified to be on the UNESCO World Heritage list:

 

Ale na Azorach znaleźć można także ciekawe kompleksy starej architektury z kościołami, rezydencjami, klasztorami. Jedno ze starych miast: Angra de Heroismo na wyspie Terceira znalazło się nawet na liście World Heritage prowadzonej przez UNESCO:

Daily notes from the trail and many practicals you can read, as always in English in my travel log  in the globosapiens.net portal. The map of this voyage and more pictures from this interesting voyage I will publish soon on the separate page AZORES...

 

Wiadomości z trasy i wiele zanotowanych informacji praktycznych możecie znaleźć jak zwykle w moim dzienniku podróży prowadzonym po angielsku w serwisie globosapiens.net .  A mapkę podróży i więcej zdjęć z z Azorów zamierzam wkrótce umieścić na osobnej stronie: AZORY

 

In December I returned from the another unusual voyage. It was the voyage to the islands of the Indian Ocean. The most important part of this journey was almost the month long sea voyage aboard French expedition ship "Marion Dufresne" from Reunion to the subantarctic waters - to see rarely  visited, pristine French islands. I did not hear about the Poles who visited this region. At the departure it was for me like the enigma. I was qualified for this expedition on the special conditions - the organizers took into account my traveler' and journalist' output. At the beginning I was flying via Paris to Reunion island on the award ticket from Air France. I was on this island before, but only for the short time.  So it was opportunity to recall he old places and to see the new ones, waiting for the ship. By public I went to the interesting volcanic Circus of Cilaos (picture on the right column).

On the next day my friends from Servas organization took me by car to the Maido view point, where at the clear weather is a chance to see another, hard available mountain circus - Mafate (below):

On the November 6th in the old harbor of St Denis I saw for the first time the ship who became my house for the next 24 days. "Marion Dufresne"  was built especially to supply French bases in the deep South. On the same day we sailed to the south.  

In the group of 15 tourists I was the only non-French member. First two days we were sailing tropical waters, then it was colder and colder.

After five days we reached Crozet Islands. Elephant seals and king penguins were waiting there for us. I saw them before on South Georgia but they are so funny that it was pleasure to see them again:

 

W połowie grudnia 2010 wróciłem z kolejnej niezwykłej podróży. Tym razem były to wyspy Oceanu Indyjskiego. Najważniejszym fragmentem tej wyprawy był trwający prawie miesiąc okrężny rejs francuskim statkiem ekspedycyjnym "Marion Dufresne" z Reunionu na wody subantarktyczne - na rzadko odwiedzane francuskie wyspy o dziewiczej przyrodzie. Nie słyszałem dotąd o Polakach, którzy dotarli w ten rejon - gdy wyruszałem pozostawał on dla mnie kolejnym wielkim i pociągającym "nieznanym" Zostałem zakwalifikowany na tą ekspedycję na specjalnych warunkach - organizatorzy uwzględnili mój podróżniczy i dziennikarski dorobek (również dlatego warto pisać do gazet!). Na początku, wykorzystując przysługujący mi bilet za mile wylatane z Air France i partnerami poleciałem przez Paryż na wyspę Reunion. Na Reunionie byłem wprawdzie już kiedyś, ale bardzo krótko. Była zatem okazja, by czekając na statek przypomnieć sobie stare i odwiedzić nowe zakątki tej wyspy. Publicznym transportem dotarłem do - atrakcyjnego wulkanicznego cyrku Cilaos:

Kolejnego dnia przyjaciele z organizacji Servas zabrali mnie samochodem na punkt widokowy Maido, skąd otwiera się wspaniały widok na inny, trudno dostępny górski cyrk - Mafate. (na zdjęciu na lewej kolumnie).

6 listopada w starym porcie na Reunionie zobaczyłem po raz pierwszy statek, który na 24 następne dni stał się moim domem. "Marion Dufresne" został zbudowany specjalnie po to by zaopatrywać francuskie stacje naukowe na dalekim południu i prowadzić badania w Subantarktyce. Widzicie go na sąsiedniej kolumnie. Jeszcze tego samego dnia opuściliśmy Reunion kierując się na południe.

W 15-osobowej grupie turystów na pokładzie statku byłem jedynym nie-Francuzem. Dwa pierwsze dni żeglowaliśmy w tropiku, potem było coraz zimniej.

Po pięciu dniach wylądowaliśmy na wyspach Crozeta. Czekały na nas słonie morskie i królewskie pingwiny, które spotkałem wiele lat wcześniej na Południowej Georgii:

 

The ocean was rough when we were sailing onward through the "roaring forties" to the Kerguelen Archipelago. On the northern end of the archipelago I saw Kerguelen Arch - the main landmark of this islands (see picture on right column)

 

Huśtało solidnie, gdy przez "ryczące czterdziestki" płynęliśmy potem w kierunku Archipelagu Kerguelena. Na północnym skraju tego archipelagu znajduje się tzw. Kerguelen Arch. Kiedyś, gdy dotarł tu słynny kapitan Cook była to skalna brama. Dziś zostały z niej tylko dwie, wciąż spektakularne baszty, będące symbolem archipelagu:

On Kerguelen we visited French base with elephant seals playing around. In the summer it is green around...

 

Podobnie jak na na Crozet poznaliśmy pracę zlokalizowanej na Kerguelenie francuskiej bazy naukowej wokół której baraszkują morskie słonie - widzicie ją na zdjęciu obok. Latem wokół bazy jest zielono... A młode słonie morskie liczone na setki są wdzięcznym tematem dla fotografa:

Probably the most interesting part of our stay on Kerguelen was a visit to the former Norwegian whaling station Port Jeanne d'Arc. French administration works now on the restoration of this place:

The next island on our route was picturesque Saint Paul - in fact it is extinct volcano cone with the open entrance to the crater from the ocean - like on the famous Deception lsland. Since it is now the Nature Reserve and the landing is forbidden we were flying over by helicopter. 

The shape of Saint Paul reminds me Pitcairn Island - just see the picture on the right column...

Our last destination was high Amsterdam Island:

The main attraction of Amsterdam are albatrosses (living high on the cliffs) and fur seals (on the right column).

From Amsterdam Island "Marion Dufresne" sailed directly to Mauritius for the cheap fuel. I took my chance to disembark there. During few days I spent on Mauritius I visited places I did not see during my first stay in 1996: residences and rum distilleries: 

But the main reason of my visit to Mauritius was second island belonging to this state: Rodrigues. I took the ship "Mauritius Pride" to get there. Rodrigues is a little, sleepy tropical paradise with charming, little beaches hidden in the rocky coves:

Rodrigues is hilly. Thanks that without flying over the island you can have the great views of the lagoon:

 

Bodaj najciekawszym fragmentem pobytu na Kerguelenie była wizyta w opuszczonej norweskiej bazie wielorybniczej Port Jeanne d'Arc. (zdjęcie po lewej). Przez dziesiątki lat zabudowania bazy się rozpadały. Dopiero ostatnio Francuzi wzięli się do konserwacji budynków. 

Następną wyspą na naszym szlaku był malowniczy Saint Paul, położony w strefie cieplejszego, umiarkowanego klimatu. Z daleka ta niewielka wyspa przypominała mi kształtem Pitcairn:

Saint Paul jest wystającym z oceanu wygasłym i zerodowanym stożkiem wulkanicznym. Do jego wypełnionego wodą krateru (zdjęcie obok) można wpłynąć z otwartego oceanu, jak na Deception Island.  Wysepka jest ścisłym rezerwatem przyrody i nie wolno na niej lądować. Odbyliśmy tu tylko okrężny lot helikopterem, ciesząc (niestety bardzo krótko) oczy wspaniałymi widokami.

Ostatnią wyspą na szlaku "Mariona Dufresne" był Amsterdam. To także wulkaniczna wyspa o wysokich brzegach, które widać na zdjęciu obok. Przyrodniczą atrakcją Amsterdamu są albatrosy - te niestety zamieszkują wysoko na klifach - oraz foki - uchatki, których mieszkają tu setki (na zdjęciu poniżej).

Z Amsterdamu nasz statek popłynął po tanie paliwo na Mauritius. Skorzystałem z okazji by się tam wyokrętować. Spędziłem kilka dni na tej tropikalnej wyspie odwiedzając miejsca, do których nie dotarłem podczas pierwszego pobytu w 1996 roku. Były wśród nich dawne rezydencje plantatorów (poniżej - Eureka Huose) i destylarnie, gdzie produkuje się i sprzedaje wyśmienity rum (po lewej).

Ale prawdziwym powodem wizyty na Mauritiusie była chęć odwiedzenia drugiej, zapomnianej wyspy należącej do tego kraju - Rodrigues. Popłynąłem na nią statkiem "Mauritius Pride" w towarzystwie sympatycznych Kreolek: 

Nieznany mi dotychczas Rodrigues okazał się prawdziwym tropikalnym rajem z czarującymi, ustronnymi plażami ukrytymi w skalistych zatoczkach - takich jak ta na zdjęciu po lewej kolumnie. Wyspa jest górzysta, co sprawia, że zdumiony turysta bez korzystania z helikoptera może podziwiać wspaniałe widoki laguny, zamkniętej srebrną nitką rafy: 

     

More pictures from this interesting journey you can see on the separate page, and daily notes from the trail in my travel log.

From the hot Rodrigues via Mauritius and Frankfurt I returned to the frosty and snowy Poland.

I was working few weeks to complete the reports from Rodrigues and Mauritius - you will find there few hundreds of my best pictures. You are welcome to see them!

 

Więcej zdjęć z tej wyprawy umieściłem już na osobnej stronie, a codziennie notatki z trasy możecie przeczytać w dzienniku podróży.

Z gorącego Rodriguesa przez Mauritius i Frankfurt wróciłem do mroźnej i zaśnieżonej Polski...

Kilka tygodni pracowałem nad raportami z Rodriguesa i Mauritiusa - znajdziecie tam kilkaset najlepszych zdjęć. Zapraszam!

     

 My website is winning more and more fans...   At the beginning of the year 2003 the counter installed on my web pages took down 90 thousands calls. In June 2006 I had the celebration -  it reached a million!  Now it shows already almost 3 millions!.  I think it is quite a lot concerning such a private website. The statistics are also interesting: most of the calls (about 70%) come from Poland. From abroad most guests comes from Great Britain and France. At the end of the rank unexpectedly appeared residents of very strange countries like Taiwan, Mexico and Saudi Arabia... In my own country most visitors come from Warsaw, Cracow, Wroclaw and from my home Gdansk.  

 It is real problem for me when to translate my www pages to English. So far only about 15 percent of them are translated, I have not enough time and nobody wants to help me. Pity!   I would like to share my travel knowledge also with the people from abroad.

Regarding pages not translated to English: there is still a lot of pictures to see.  I was  working hard to complete my web pages: you can spend many hours in front of the screen...  I hope that many people will take the advantage of my experience... And they do...  Unfortunately there are also journalists who copy parts of my pages,  then they add something and publish the whole story as their text...    Shame, ladies and gentlemen...

  I am receiving a lot of e-mails with travel questions - not only from Poland but also from  the world...   I try to response every letter but unfortunately I cannot spend to much time for this - a lot of other activities is waiting for me... I fall behind with publishing reports from my consecutive  journeys.

Number of my new articles were published: Rodrigues Island  and Uganda in "Rzeczpospolita" ("The Republic") and in there was also my "Palawan on the Philippines" piece published in "Podróże" magazine.    More on my writing you will find on the web page "my publications"  and full listing of recently published articles on: "ARTICLES" .  

I spend my life traveling, writing, giving lectures and the slide-shows. Readings and preparations for the future voyages also take a lot of my time. Africa will be probably the next target.

Love to all of you!  

January 3rd,  2012                                       Wojtek   

 

Mój internetowy serwis zyskuje coraz więcej sympatyków...  Na początku roku 2003 licznik zainstalowany na moich stronach odnotował 90 tysięcy wywołań. Na początku czerwca 2006 obchodziłem jubileusz: milionowe wywołanie mojego serwisu. Teraz licznik zbliża się już do 3 milionów wizyt!

Program statystyczny, który zainstalowałem na moich internetowych stronach pokazuje codziennie około 1000 wywołań.  Ciekawa jest statystyka tych wywołań: najwięcej, bo około 70% pochodzi z Polski. Spośród innych krajów najwięcej mam kolejno gości z Wielkiej Brytanii i Francji.  Pod koniec listy pojawiają się ku mojemu zaskoczeniu bardzo dziwne kraje: Tajwan, Meksyk czy Arabia Saudyjska...   W kraju najwięcej sympatyków mam w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i rodzinnym Gdańsku.

Materiału w moim serwisie jest na wiele godzin oglądania - włożyłem w jego opracowanie bardzo dużo pracy z myślą o tym, by z moich doświadczeń mogli skorzystać inni globtroterzy... I korzystają...     Niestety nie wszyscy korzystają z zawartości moich stron w dozwolony sposób - są tacy dziennikarze, którzy przepisują teksty z moich stron, dodają coś od siebie i... publikują całość podpisując swoim nazwiskiem...   Wstyd panie i panowie!...

Dostaję e-mailem wiele pytań od podróżników, nie tylko z Polski ale i ze świata - staram się na wszystkie listy odpowiadać, ale niestety nie mogę na to poświęcić zbyt dużo czasu... Jak się zapewne domyślacie nie wszystkie listy są poważne... - czasem np. dostaję do rozwiązania zadania z geografii... Traktuję to z humorem... 

Opublikowali  moje kolejne  artykuły: artykuł o Wyspie Rodrigues i Ugandzie w  "Rzeczpospolitej"  oraz o Palawanie na Filipinach w  "Podróżach".  Więcej o moim pisaniu przeczytacie na stronie moje publikacje  a pełny wykaz ostatnich artykułów na stronie ARTYKUŁY.  

         Podróże i działalność publicystyczna wypełniają mi aż nadto mój czas.  Nie nadążam z publikowaniem relacji z kolejnych wyjazdów. Kilka kolejnych ciekawych projektów nowych ekspedycji jest w opracowaniu - wiecie dobrze, że plany takich samotnych eskapad do rzadko odwiedzanych miejsc wymagają solidnego przygotowania... Następnym celem będzie pewnie Afryka.

Pozdrawiam serdecznie Was wszystkich   

2012.01.03                                                       Wojtek

 

 

Back do the main directory                                                        Powrót do głównego katalogu